10 FILMÓW, KTÓRE UKSZTAŁTOWAŁY MNIE JAKO WIDZA

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page
Na fejsie jest taki nowy łańcuszek, w którym nominowani spowiadają się z dziesięciu najważniejszych dla nich filmów. Nie jest on może tak widowiskowy jak ALS Ice Bucket Challenge (ani nie przyświeca mu taki szczytny cel), ale przynajmniej pozwala nam zastanowić się, które obrazy miały największy wpływ na to, jak dzisiaj odbieram ruchome obrazki. Przedwczora z wieczora Bogodar Bonczar, jeden z ludzi, z którymi robię materiały wideo dla Motorola Solutions i zapalony piwowar (Browar Marscheider), wczoraj wywołał mnie do tablicy, bym pochwalił się swoją własną dziesiątką. Długo czasu na zastanowienie nie miałem, ale mówi się trudno – poniżej lista filmów, które ukształtowały mnie jako widza.

Dziesięć pozycji to strasznie mało, by przedstawić wszystkie filmy, które odcisnęły jakieś piętno, ale starałem się wybrać te najważniejsze (w kolejności chronologicznej).


IMPERIUM KONTRATAKUJE, reż. Irvin Kershner

Pierwszy film, na którym byłem w kinie (miałem wtedy jakieś 5 lat). Szok estetyczny, jaki wtedy przeżyłem, był po części zasługą filmu (bez dwóch zdań najlepszego w całej serii), a po części samego miejsca, w którym od razu się zakochałem – ciemnej świątyni, gdzie obcy sobie ludzie spotkają się, by by chłonąć obrazy z ogromnego ekranu. Teraz jestem taki mądry a prawda jest taka, że cały seans siedziałem z otwartą japą, ogłupionym tym przeżyciem. Pamiętam, że mama czytała mi napisy, bo nie potrafiłem jeszcze czytać. Pewnie stąd moja dzisiejsza pobłażliwość dla rodziców, którzy zabrawszy swoją niepiśmienną jeszcze pociechę na film bez dubbingu, sciszonym głosem próbują dziecku wyjaśnić, o czym rozmawiają postacie na ekranie.


WIRUJĄCY SEKS, reż. Emile Ardolino

Ten macho w środku to ja za kilkanaście lat, oglądający jak dwie dziewczyny tańczą ku mojej uciesze  – tak przynajmniej myślałem o sobie w czasach, gdy Dirty Dancing można było jeszcze zobaczyć w polskich kinach. Z mrukliwym buntownikiem granym przez Patricka Swayze identyfikowałem się tak mocno, że po pierwszym seansie (w towarzystwie starszego rodzeństwa) postanowiłem do kina wybrać się raz jeszcze – całkiem sam (miałem jakieś 8-9 lat). Przeszedłem przez wejście, przeszedłem przez kobietę w kasie, ale pokonać bileterki już mi się nie udało (przypominam: film w Polsce chodził pod tytułem Wirujący seks i dozwolony był od lat piętnastu). Szkoda tylko, że wcześniej jej koleżanka w kasie nie pomyślała podobnie i bez krępacji sprzedała dziecku bilet na film dla nastolatków. No nic, wróciłem do domu, gdzie zagajony przez ciocię o powód mojej marsowej miny przedstawiłem mój problem. Ciocia wykonała telefon do kina, konkretnie zjebutała bileterkę (niepotrzebnie, bo kobieta dobrze zrobiła), napisała mi pozwolenie na kartce i na podstawie tego pisemnego pozwolenia bileterka z wielkim fochem wpuściła mnie na salę jakoś w połowie filmu. Roztańczonym buntownikiem koniec końców nigdy nie zostałem, ale od tamtego pamiętnego seansu kino miło kojarzy mi się z elitarnym miejscem, do którego wstęp wcale nie jest taki łatwy.


KOSZMAR Z ULICY WIĄZÓW III: WOJOWNICY SNÓW, reż. Chuck Russel

Pierwszy film, po którym zaliczyłem nieprzespaną noc. Było to na początku szału VHS, który ogarnął Polskę na początku lat 90. Wtedy oglądało się wszystko, co tylko można było dostać na kasetach, a dorośli nie za bardzo wiedzieli, co ich dzieciom może zryć psyche, a co nie. Mnie dziesięciolatka ten film zniszczył po całości. Obraz ofiary Freddy’ego z wyprutymi żyłami, którą duch spalonego żywcem pedofila prowadzi niczym marionetkę na sznurkach, nawiedza mnie w snach do dziś.


CZY LECI Z NAMI PILOT?, reż. Jim Abrahams, Jerry i David Zucker

Pierwszy kontakt z filmowym pastiszem i abstrakcyjnym poczuciem humoru w kinie ogólnie. To, co teraz robią bracia Wayans nie umywa się do jakości gatunkowego pastiszu, który w latach 70. i 80. serwowali Zuckerowie czy Mel Brooks. Plus pierwsze spotkanie i od razu dozgonna miłość do nieodżałowanego mistrza deadpanu, Leslie Nielsena – jak dla mnie jednego z najlepszych aktorów komediowych ostatniego wieku.


ŁOWCA ANDROIDÓW, reż. Ridley Scott

Miałem 10 lat, kiedy na czarno-białym rosyjskim telewizorze mojej babci obejrzałem ten dziwny film, w którym smutny Han Solo biegał po Los Angeles, strzelając do robotów, które wyglądały jak ludzie. Mało z tego filmu wówczas zrozumiałem, ale dziesięciolatka zaintrygował na tyle, że wracał doń co kilka lat – najpierw na VHS, później na DVD – z każdą projekcją odkrywając nowe pokłady znaczeń i odniesień, i z każdym nowym odkryciem zatapiając się coraz głębiej w tę skąpaną deszczem retro-futurystyczną wizję. Potrzebowałem z tym filmem spędzić 15 lat, by w końcu zrozumieć, że ta luźna adaptacja prozy Philipa K. Dicka i hołd dla kina noir jednocześnie, to zaskakująco pojemny tekst kultury i najbardziej poetycka i profetyczna wizja, jaką może poszczycić się kino SF. Nie dziwota, że koniec końców właśnie tematowi tożsamości w Łowcy androidów poświęciłem moją pracę magisterską.


PRZESŁUCHANIE, reż. Ryszard Bugajski

Gdy byłem dzieckiem (a byłem nim w ostatniej dekadzie PRLu), film kojarzył mi się głównie z rozrywką. OK, czasem tymi mało rozumiejącymi ślepiami obejrzało się w telewizji jakiś dramat albo kino historyczne, ale to zawsze był po prostu jakiś gatunek filmowy wykorzystany, by dostarczyć widzowi mniej lub bardziej intelektualnej odskoczni od tamtej szarej rzeczywistości. Gdy Przesłuchanie (1982) Ryszarda Bugajskiego w końcu zostało wyświetlone w telewizji (przeleżawszy prawie dekadę na cenzorskiej półce), poznałem nową odmianę kina – tego, które wykorzystuje to mocno eskapistyczne medium, by pokazać brutalną prawdę dziejów, którą wielu chciałoby zamieść pod dywan. Dla nastolatka wychowanego na MTV i Żółwiach Ninja ten film był jak kopnięcie stalinowskim buciorem w szczękę.


GORĄCZKA, reż. Michael Mann

Kiedy w 1995 r. Gorączka wchodziła do polskich kin, charakterystyczny filmowy idiom Michaela Manna miałem już zaszczepiony dzięki kolejnym seriom Miami Vice, które chłonąłem za dzieciaka. Tutaj jednak elegancko wystylizowana ekranowa zabawa w policjantów i złodziei została wzniesiona na wyższy poziom, co idealnie zbiegło się z moim przechodzeniem z dziecięctwa w dorosłość. Mann w swoim filmie pokazywał mężczyzn po obu stronach prawa, ale z takim szacunkiem i zrozumieniem, że nastolatkowi szukającemu męskich wzorców osobowościowych rywalizujący ze sobą panowie imponowali po równo. Od tamtego czasu Gorączka pozostaje dla mnie kwintesencją i niedoścignionym wzorcem tzw. męskiego kina.


JAKUB KŁAMCA, reż. Peter Kassovitz

Z oczywistych powodów. Jeżeli nie kojarzysz czemu, przeczytaj ten wpis.


GROBOWIEC ŚWIETLIKÓW, reż. Isao Takahata

To, że japońskie anime nie ogranicza się do Czarodziejki z księżyca i Pokemonów, wiedziałem bardzo dobrze, zobaczywszy wcześniej kilka pełnych metraży Katsuhiro Ôtomo (Akira, Steamboy), Mamorou Oshiiego (Ghost In the Shell, Ghost In the Shell: Innocence) oraz kilka klasyków studia Hayao Miyazakiego (Mój sąsiad Totoro, Księżniczka Mononoke, Spirited Away: W krainie bogów). Nic jednak nie mogło przygotować mnie na przeżycie, jakim była jedna z produkcji tegoż studia – Grobowiec świetlików w reżyserii Isao Takahaty. Wszystkie Spielbergi i Malicki świata nie są w stanie w swoich filmach oddać bezsensu wojny tak dojmująco jak zostało to pokazane tutaj w historii osieroconego rodzeństwa, które próbuje przeżyć w Japonii czasów II wojny światowej. Wybitna animacja i jeden z najbardziej wstrząsających filmów o wojnie, jakie kiedykolwiek powstały.


LOT 93, reż. Paul Greengrass

Skończywszy 25 lat, filmów naoglądałem się już tyle i byłem już na tyle przyzwyczajony do manipulowania moimi emocjami jako widza, że nie liczyłem, bym kiedykolwiek jeszcze doświadczył katharsis, które wcześniej zdarzało się młodemu umysłowi w konfrontacji z wybitnym kinem. Ku mojemu zaskoczeniu, to uczucie oczyszczenia i trwogi powróciło w trakcie oglądania na ekranie historii, której tragiczny finał bardzo dobrze znałem z dokumentów o zamachach 911 września 2001 r., więc nijak nie mógł mnie zaskoczyć. Ale Paul Greengrass, nawet pozbawiony tej informacyjnej przewagi nad widzem, był w stanie los pasażerów lotu 93 linii United pokazać tak namacalnie, że po prostu nie sposób się z nimi nie identyfikować. Oglądając film na DVD, podczas ostatnich minut siedziałem tak zdenerwowany, że obgryzałem paznokcie, jednocześnie licząc, że a nuż pasażerom się uda – pomimo tego, że wiedziałem, jak to wszystko się skończyło w rzeczywistości. By osiągnąć podobny efekt na tak zblazowanym widzu, potrzeba nie lada talentu.

Dla mnie Lot 93 to jeden z najważniejszych tekstów kultury XXI w. – adekwatnie rwany i rozedrgany dokument dzisiejszych czasów, gdzie wszystko dzieje się jednocześnie, a jakakolwiek kontrola nad światem okazuje się czystą ułudą.

Tyle o mnie. Do sporządzenia własnej listy z najważniejszymi filmami nominuję Michała Kaczonia (Seriale, filmy, muzyka), Maćka Trojanowicza (Troyann) i Michała Bochenka (Do tańca, nie do różańca).

Źródła: YouTube, materiały dystrybutorów

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

2 komentarze

  1. Anonymous pisze:

    11 września a nie 9.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.