2016. REKLAMACJA

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone
projekt-bez-tytulu-3 Dwa tygodnie temu pisałem o tym, co dobrego w kulturze wizualnej zostało ze mną po 2016 r. Dzisiaj chciałbym podobnie przedstawić listę kulturowych wykwitów minionego roku – nie tych, które po prostu były złe, ale tych, które zawiodły moje oczekiwania.

Zastanawiałem się, czy poniższych dziesięciu pozycji nie ustawić w rankingu, pokazując co zawiodło mnie bardziej, a co mniej, ale – szczerze powiedziawszy – każdy taki zawód i tak już boli, więc może jednak oszczędzę Wam tego stopniowania nieszczęścia i po prostu wymienię te tytuły według kolejności, którą narzuciła mi pamięć. No to jedziemy.

BLAIR WITCH

Dla mojego pokolenia (czyli tych którzy w 1999 r. mieli już tyle lat, że w kinie mogli zostać wpuszczeni na film od lat piętnastu), Blair Witch Project był doświadczeniem niemalże mistycznym. Horror nakręcony w tak sugestywny sposób, że pół świata myślało, że to film dokumentalny; historia tak zmyślnie zbudowana na ludzkim strachu przed byciem zagubionym w lesie, że nie dało się nie identyfikować z jej bohaterami. Później, gdy film zarobił pierdyliard dólarów, a właściciele marki wymyślili kontynuację w postaci następnego filmu (już całkiem innej klasy) i serii gier, całą mistykę szlag trafił, ale sentyment pozostał. Dlatego też, kiedy na początku 2016 r. podczas tajnego festiwalowego pokazu okazało się, że wunderkind horroru Adam Wingard (You’re Next, Gość) po kryjomu w tej samej formule nakręcił kontynuację Blair Witch Project, nie mogłem doczekać się premiery. I co? I dupa: człowiek znany z dekonstrukcji tropów charakterystycznych dla horroru poszedł na łatwiznę nie tylko bezczelnie kopiując formułę pierwszego filmu, ale przede wszystkim korzystając  z najtańszych gatunkowych zagrywek, by przestraszyć widza (ilość sytuacji kiedy coś nagle wyskakuje zza kadru jest wręcz śmieszna).

Dla legendy Blair Witch chyba lepiej by było, gdyby ten film nigdy nie powstał.

CLOVERFIELD LANE 10

Kręcenie filmu z myślą o kontynuacji jakiejś serii to jedno – sztuczne doklejanie tożsamości jakiegoś brandu tylko po to, żeby wzbudzić zainstersowanie widza, to już całkiem inna rzecz. Gdyby Cloverfield Lane 10 Dana Trachtenberga ukazło się pod innym tytułem, byłby to dla mnie bardzo ciekawe, kameralne SF z doborową obsadą. Jednak w tej formie, gdzie tytuł i reklamy mylnie sugerują kontynuację jednego z najlepszych filmów katastroficznych XXI w., niestety jest przede wszystkim flagowym przykładem perfidnego robienia ludzi w chuja (bo jak inaczej nazwać umieszczenie w końcówce zwiastuna ryku potwora z oryginalnego filmu?).

JASON BOURNE

Na stare lata nawet rewolucjoniści w końcu pierniczeją, i zeszłoroczny powrót Jasona Bourne’a dobrze to udowadnia. Paul Greengrass oficjalnie przestał się starać, kręcąc część przygód małomównego szpiega, która jest tak schematyczna, że równie dobrze mógłby napisać ją prosty algorytm, posiłkując się jedynie scenariuszami poprzednich części.

Więcej jojczenia tutaj.

 

THE NICE GUYS. RÓWNI GOŚCIE

Od połowy lat 80. Shane Black ma wciąż ten sam przepis na dobre buddy movie: zestawić ze sobą dwie postacie o różnym temperamencie (humor!) i kazać im rozwiązać skomplikowaną kryminalną zagadkę – najlepiej w Los Angeles, a wszystko niech dzieje się w trakcie świąt Bożego Narodzenia. Ta formuła sprawdziła się już nie raz (Zabójcza broń, Pocałunek na dobranoc, Kiss Kiss Bang Bang, Iron Man 3), ale oglądając jej najnowszą iterację, fan Blacka zauważy wyraźne zmęczenie materiału. Może sam autor zmęczył się już własną formułą, a może po prostu Ryan Gosling trochę przeszarżował tutaj w śmieszkowaniu na siłę. Bo to nie jest tak, że w 2016 r. wg tego samego wzorca nie da się zrobić świetnego kina – kto widział Zwierzogród, ten wie.

 

X-MEN: APOCALYPSE

Powrót Briana Singera do świata filmowych X-Menów dał nam jeden z najlepszych filmów serii (Przeszłość, która nadejdzie), ale – jak pokazał jego następny obraz o mutantach – przesadna pewność siebie może przynieść zgubne efekty (trzeba naprawdę specjalnych umiejętności, żeby tak spektakularnie zmarnować Oscara Isaaca w roli czarnego charakteru).

Tupet Singera i scenarzystów najlepiej obrazuje umieszczony w filmie przytyk do Bretta Ratnera, który reżyserował trzecią część X-Menów (Ostatni bastion). Taka rada na przyszłość: jeżeli chcecie naśmiewać się z pracy innych, najpierw samemu zadbajcie o to, żeby wasz własny film był chociaż odrobinę lepszy.

LEGION SAMOBÓJCÓW

Film, który miał uratować ekranizacje komiksów Detective Comics od efektu Snydera. Nie uratował, przy okazji odbierał fanom nadzieję na to, że coś w uniwersum DC może się zmienić.

Więcej o tym tutaj.

 

NEON DEMON

Brakuje mi wczesnego Refna – tego kopenhaskiego, mało znanego, kręcącego kolejne części Pushera, by wyżywić rodzinę. Przyparty do muru jakoś potrafił i opowiedzieć ciekawą historię, i oddawać się jego ulubionym wizualnym perwersjom. Mniej więcej od czasu Drive – filmu, którego mainstreamowy sukces nadal pozostaje dla mnie tajemnicą – potrafi już tylko to ostatnie. Z każdym kolejnym filmem Refn oddaje się coraz bardziej nieczytelnym hołdom dla hermetycznego stylu jego ulubionych twórców horrorów. I taki też jest Neon Demon – skupiony na obrazie i atmosferze, ale treści w nim tyle, że ledwie wystarczyło, żeby zapełnić nią zwiastun. I gdyby chociaż Refn rzeczywiście potrafił jeszcze wyczarowywać ciekawe obrazy, to może tę pustkę byłbym mu w stanie wybaczyć. Niestety, ulubieniec arthousowych krytyków w Neon Demon nie ma nic ciekawego ani do powiedzenia, ani do pokazania.

FIGHT CLUB 2

Nie film, nie serial, nie gra, a komiks – ale że nawiązuje on do jednego z najciekawszych filmów przełomu wieków (Podziemny krąg Finchera), jego obecność tutaj jest uzasadniona.

Kiedy w 1996 r. Chuck Palahniuk publikował swoją debiutancką powieść, nie wiedział jeszcze, że stanie się ona manifestem pokolenia, któremu życie konsumentów przestało być w smak. Dzięki ekranizacji jego tekst zaczął jeszcze mocniej rezonować w kulturze, stając się credo wszystkich, którym przejadł się prymat macdonaldyzacji we wszystkich aspektach życia.

Nie wiem, co podkusiło Palahniuka, by po dwóch dekadach od publikacji odcinać kupony od swojego pomysłu i pisać kontynuację Podziemnego kręgu (tego rodzaju kulturowy kanibalizm w końcu sam onegdaj krytykował), ale biorąc pod uwagę, że autor ostatnio próbuje ostro wstrzelić się w koniunkturę (w 2016 r. wydał też kolorowankę dla dorosłych), można założyć, że 20 lat fejmu potrafi człowieka diametralnie zmienić.

I gdyby kontynuacja historii związku schizofrenicznego Narratora i jego ukochanej Marli zawierała choć krztynę obrazoburczej kreatywności, z której swego czasu słynął autor, ten komiks miałby rację bytu. Niestety, wszystko, co dostajemy to przegląd tego, co z Palahniuka już dobrze znamy, przyobleczone w meta kokardkę, gdzie sam autor komentuje kontrkulturowy status swojej historii, przy okazji stająć się jednym z bohaterów komiksu.

Ale rysunki Camerona Stewarta (Batman & Robin, Catwoman) całkiem całkiem.

PASAŻEROWIE

Kiedy press tour gwiazd twojego filmu jest bardziej rozrywkowy niż produkt, który reklamują, chyba ktoś rzeczywiście coś tu monumentalnie spartolił. Mieć dwa najgorętsze nazwiska w Hollywood (Jennifer Lawrence i Chris Pratt) i zmarnować je na historię tak ubogą w treść, że najlepiej sprawdziłaby się jako pilotażowy odcinek jakiegoś serialu SF, który dopiero wprowadza wszystkie wątki w celu późniejszego ich rozwinięcia.

Epizod Laurence’a Fishburne’a, który pojawia się tutaj tylko po to, żeby za chwilę zniknąć, przejdzie do historii jako najbardziej idiotyczna rola 2016 r.

 

WESTWORLD

HBO! Kowboje! Roboty! Seks! Tajemnice! Anthony Hopkins!

Serialowy remake filmu Michaela Crichtona miał wszystko, co potrzebne by stać się telewizyjnym hitem. Jednak małżeński duet Lisy Joy i Jonathana Nolana pomylił budowanie napięcia ze scenariuszowym przeciąganiem struny, przez co serial końcowo nie był w stanie zaspokoić oczekiwań widzów, które z tygodnia na tydzień sam perfidnie podsycał (srsly, od czasu finału Lost nikt już nie powinien popełniać tego błędu).

Niegłupia historia idealna na dwuipółgodzinny film, niemiłosiernie rozciągnięta do formatu dziesięciogodzinnego serialu.


Tyle moich zawodów. Napiszcie, jak to wyglądało u Was.

Źródła: materiały dystrybutorów

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.