5 POWODÓW, DLA KTÓRYCH „ROGUE ONE” TO NAJLEPSZE STAR WARS OD DEKAD

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone
rogue-one2
Po statystykach odwiedzin widzę, że nie lubicie czytać recenzji (przynajmniej tych mojego autorstwa), więc dziś zamiast tradycyjnej recki clickbaitowa lista pięciu powodów, dla których powinniście zobaczyć Rogue One (dodatkowo umajona GIFami, jak na jakimś dziadowskim BuzzFeedzie).

Tak, w tym wpisie będę używał wyłącznie oryginalnego tytułu tego filmu, bo jak by go  na polski nie przetłumaczyć, u nas brzmi on po prostu idiotycznie.

No to zaczynamy odliczanie.

5. GWIEZDNE WOJNY BEZ KOMPLEKSU POPRZEDNICH FILMÓW SERII

Czyli to, czego tak bardzo brakowało w Przebudzeniu Mocy. Oglądając Rogue One czujemy, że nie mamy do czynienia z czymś, co wyłącznie przetwarzając główne motywy z filmów Lucasa, stara się być częścią świata Gwiezdnych wojen. Gareth Edwards – w odróżnieniu do JJ Abramsa – do świata Star Wars nie podchodzi na kolanach, ale wkracza do niego wielkim AT-ATem, uzbrojony we własny pomysł na to, jak przystosować to uniwersum do dzisiejszych czasów, jednocześnie nie odzierając go z wszystkiego, za co kochają je fani. Najlepszy przykład: rebelianci w Rogue One nie są nieskazitelni i potrafią dokonywać dosyć problematycznych wyborów moralnych w imię wyższego dobra. To samo dzieje się po stronie Imperium (patrz: grana przez Riza Ahmeda postać pilota imperialnego transportowca, który przechodzi na stronę Rebelii).

rodhi-rook-in-rogue-one

 

4. CIĄGŁOŚĆ STYLISTYCZNA

Dla filmu, który poprzedza historię wcześniej opowiedzianą w Nowej nadziei (1977), ciągłość fabularna to mus, więc nie ma tutaj nawet nad czym się rozwodzić – jeżeli ten warunek nie byłby spełniony, film byłby porażką na podstawowym poziomie (spoiler: w żadnym wypadku nią nie jest). Mnie jednak bardziej interesuje ciągłość stylistyczna, bo pomimo faktu, że Rogue One dzieli od Nowej nadziei blisko cztery dekady, Edwards naprawdę stara się zachować klimat filmu, który lata temu przedstawił światu uniwersum Gwiezdnych wojen. IV epizod realizowany był w drugiej połowie lat 70. i to, jak w tamtych czasach ludzie się nosili, w oczywisty sposób odcisnęło piętno na tamtym filmie. W Rogue One mamy więc nie tylko retro kostiumy wzorowane na tych z Nowej nadziei, ale nawet niemodne już fryzury (pełno tu wąsaczy i panów z bokobrodami). Interfejsy i konsolety podobnie jak w ep. IV mają te same przesadnie wielkie gabaryty i migocą tysiącem niefunkcjonalnych kontrolek. Co ciekawe, wcale nie przeszkadza to traktować opowiadanej historii poważnie, bo akurat ta porusza kwestie tak fundamentalne (m.in. poświęcenie życia w imię wyznawanych wartości), że nie ma tu miejsca na ironiczny dystans.

khvia7d3xu13gpgtkh2q

3. TO NIE JEST STAR WARS DLA MŁODYCH LUDZI

Filmy ze świata Gwiezdnych wojen w ogóle od dłuższego już czasu trudno było traktować poważnie. Powód? Robione były tak, żeby zrozumiały je nawet dzieci, a całość – zamiast głębokich przeżyć filmowych – miała przede wszystkim zapewniać popyt na licencjonowane produkty z tego świata. Dlatego też jeżeli nieco starszy fan Gwiezdnych wojen szukał bardziej wyszukanej treści, musiał odwołać się do książek, komiksów lub gier tego uniwersum, gdzie podobnie zawiedzeni fani od lat starali się tworzyć Star Wars z postaciami z krwi i kości, a nie wyłącznie pretekst do sprzedania kolejnych zabawek. Wszyscy ci, którzy zaczytują się w powieściach Star Wars lub śledzą perypetie postaci w grach w rodzaju The Old Republic, w Rogue One znajdą podobny poziom szacunku do odbiorcy, wyrażany zarówno w braku wygodnych uproszczeń w konstrukcji bohaterów (Rebelianci też potrafią zabijać z zimną krwią), jak i w przedstawianiu znanych wątków z całkiem innego punktu widzenia (motyw Mocy jako religii wyznawanej przez zwykłych ludzi, zobrazowany w postaci niewidomego mnicha granego przez Donniego Yena).

200

2. DROID K-2SO

Droidy są nieodłączną częścią każdego filmu Star Wars, ale ten, który jest gwiazdą tego filmu, deklasuje wszystkie, które w serii pojawily się do tej pory. K-2SO to dwuipółmetrowy imperialny robot protokolarny, przeprogramowany przez kpt. Cassiana Andora (Diego Luna) na potrzeby Rebelii; droid, który mówi wszystko, co przychodzi mu na elektroniczny język – do bólu szczery i pełen kąśliwego humoru (szczególnie w stosunku do głównej bohaterki granej przez Felicity Jones). Znany z Firefly Alan Tudyk odwalił kawał naprawdę dobrej roboty, nadając tej mało ekspresyjnej kupie żelastwa osobniczego charakteru.

tumblr_obs46wres41qa93xfo1_500

 

1. NAJLEPSZE SEKWENCJE BITEWNE W CAŁEJ SERII

W Rogue One jest dużo elementów, które sprawiają, że ep. VII wypada przy nim blado, ale jednym z najważniejszych jest fakt, jak pokazane zostały pojedynki zarówno w przestrzeni międzygwiezdnej, jak i starcia pilotów w atmosferze planet. Oryginalna trylogia posiadała kilka pięknie pokazanych kosmicznych bitew (jak chociażby atak na pierwszą Gwiazdę Śmierci w ep. IV), ale to, co w Rogue One dzieje się nad planetą Scarif, przejdzie do historii jako jedna z najlepiej nakręconych bitew w historii Wojen gwiezdnych: potyczki X-Wingów z Tie Strikerami, Y-Wingi bombardujące generator pola siłowego otaczający planetę, taranowanie Gwiezdnego Niszczyciela rebeliancką fregatą – a wszystko pokazane z tylu perspektyw i tak świetnie zmontowane, że człowiek z wrażenia kurczowo trzyma się poręczy kinowego fotela.

the-rebels-attack-the-shield-gate-in-the-climactic-battle-of-rogue-one

 

Rogue One ma oczywiście mankamenty (np. Forest Whitaker jako Saw Gerrera, niepotrzebnie wsadzona tu postać z Wojen klonów), jest też kilka przykładów użycia CGI, które delikatnie można nazwać kontrowersyjnymi (ale tutaj wchodzimy już na terytorium Galaktycznego Spoilerium, więc o tym możemy porozmawiać w komentarzach). Jednak jakich braków by filmowi nie wytknąć, w ogólnym rozrachunku to najlepsza frajda, jaką miałem na filmie Star Wars od czasu lat osiemdziesiątych.

Dajcie znać, czy u Was było podobnie.

carousel

 

Źródło: Giphy, Tumblr

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.