ALICJA W KRAINIE CZARÓW

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

(Alice in Wonderland)
USA, 2010, 108 min.
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Linda Woolverton (na motywach „Alicji w Krainie Czarów” i „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla)
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Muzyka: Danny Elfman
Montaż: Chris Lebenzon
Występują: Mia Wasikowska, Johnny Depp, Helena Bonham Carter, Crispin Glover, Anne Hathaway, Stephen Fry, Alan Rickman, Matt Lucas, Timothy Spall i inni
Dystrybucja: Warner Bros.

FADE IN: Biedny Tim Burton – jeszcze niedawno jego nazwisko na plakacie było gwarantem świetnego autorskiego kina, dzisiaj coraz częściej widzom kojarzy się z korzystaniem z cudzych rozwiązań (nowe wersje, adaptacje) i sinusoidalną jakością samych filmów. Po dwóch ekranowo tłustych dekadach dwudziestego wieku (bolesny wyjątek: Marsjanie atakują!), Burton w latach pierwszych wieku obecnego na zmianę dawał nam albo filmy wybitne, albo wybitnie nieudane. Poniżej krótka chronologia naprzemiennych wzlotów i upadków reżysera Soku z żuka:
Planeta małp (2001) – nikomu niepotrzebna nowa wersja ekranizacji klasyki europejskiej SF: bardziej hołd dla pierwszej wersji ekranowej niż niezależna od oryginału wypowiedź filmowa, Planeta małp to dwie godziny ganiania oczami za aktorsko zdezorientowanym Markiem Wahlbergiem, podziwiania mistrzowskiej pracy charakteryzatorów, zastanawiania się nad tym, co Tim Roth robi ze swoja karierą (fenomenalny jako główny schwarzszympans Thade), aż do niedorzecznego zakończenia, które wywraca do góry nogami sens całej przedstawionej historii;
Duża ryba (2003) – zaskakująco mądra i artystycznie dojrzała historia relacji ojciec-syn; pochwała życia i siły wyobraźni, z jedną z najlepszych ról Alberta Finneya; czym Prosta historia dla filmografii Davida Lyncha, tym Duża ryba dla reżyserskiej kariery Burtona;
Charlie i fabryka czekolady (2005) – kolejny remake klasycznego filmu, którego nie należało ruszać: Johnny Depp przekształca ekscentrycznego acz sympatycznego Willy’ego Wonkę Gene’a Wildera w niezrównoważonego milionera, który ciut za bardzo lgnie do dzieci; feeria plastikowych efektów specjalnych, kilka śmiesznych piosenek i nic ponad to;
Gnijąca panna młoda (2005) – ta zrealizowana wespół z Mike’em Johnsonem turpistyczno-trupistyczna kukiełkowa animacja to Burton w pigułce: ikonografia z Edgara Allan Poe, humor, horror, makabra, a wszystko to oprawione jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych nadwornego kompozytora Burtona – Danny’ego Elfmana; godny następca Miasteczka Halloween (1993) Henry’ego Selicka, którego Burton był producentem (producentem Miasteczka, nie Selicka – chociaż nie, jego w sumie też);
Sweeney Todd – demoniczny golibroda z Fleet Street (2007) – utrzymana w stylistyce gore ekranizacja off-brodwayowskiego musicalu: dickensowski Londyn, kanibalizm i żądny zemsty, rozśpiewany fryzjer z krwawym rachunkiem do uregulowania; zbyt tragiczne żeby się śmiać, za bardzo przejaskrawione żeby brać na poważnie; pewnie lepiej sprawdza się na deskach, ale tutaj do obejrzenia wyłącznie dla Alana Rickmana w roli Sędziego Turpina.
W ten oto sposób pierwsza dekada dwudziestego pierwszego wieku w filmografii Burtona upłynęła pod znakiem twórczej równowagi. Niestety Alicja w Krainie Czarów łamie tę zasadę naprzemienności, będąc kolejną z rzędu artystycznie wątpliwą produkcją po Sweeneyu Toddzie.

Starając się zadowolić wszystkich i nikogo zarazem, Alicja w Krainie Czarów przekształca dziecięcą bohaterkę „Alicji w Krainie Czarów” i „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla w bardziej przemawiającą do statystycznego nabywcy biletów, dziewiętnastoletnią pannicę, w dodatku na wydaniu (Mia Wasikowska) – zagubioną w świecie konwenansów wiktoriańskiej Anglii, i – co ciekawe – mająca już za sobą jedną wizytę w Krainie Czarów. Gdy podczas jednego z rautów u byłego współpracownika zmarłego ojca Alicja zostaje poproszona o rękę przez majętnego amanta z problemami gastrycznymi (Leo Bill), bijąc się z myślami, dziewczyna salwuje się ucieczką w ślad za Białym Królikiem (Michael Sheen), który po raz kolejny zaprowadzi ją do krainy, gdzie naszą bohaterkę czeka małe déjà vu dzięki (braku) uprzejmości szalonego Kapelusznika (Johnny Depp), eterycznego Kota z Cheshire (Stephen Fry), służalczego Skazeusza (Cristin Glover), apodyktycznej Czerwonej Królowej (Helena Bonham Carter), jej rozanielonej siostry (Anne Hathaway) i wiecznie niezdecydowanych Dyludyludiego i Dyludyludama (Matt Lucas w podwójnej roli).
Czerwona Królowa (Helena Bonham Carter) – zwolenniczka dekapitacji jako recepty na wszystko.

Burton na stare lata mocno się rozleniwił i z filmu na film bezwstydnie korzysta z bliźniaczych rozwiązań i tej samej grupy stałych współpracowników (producent Richard D. Zanuck, kompozytor Danny Elfman, montażysta Chris Lebenzon, aktorzy: Johnny Depp, Helena Bonham Carter, Alan Rickman). Co, ma się rozumieć, niekoniecznie materii filmu musi wychodzić na złe – o ile komfort pracy w znajomym środowisku idzie w parze z kreatywnością (historia kina zna takie przypadki aż za dobrze). Jednak w przypadku Burtona sprawa nie jest taka prosta. Wychodzi na to, że potrzeba było kolejnej wersji Alicji w Krainie Czarów by zobaczyć, jak zgubnym dla reżysera może stać się przywiązanie do tego samego głównego aktora: pracujący z Burtonem po raz siódmy Johnny Depp – na potrzeby którego sztucznie rozbudowano rolę Kapelusznika – w Alicji w Krainie Czarów oficjalnie stał się parodią samego siebie; ukryty pod kilogramami charakteryzacji (skądinąd ciekawej, razem z większością kostiumów w filmie) i pijacko-szkockim akcentem (połowy wypowiedzi nie idzie zrozumieć) Depp próbuje oddać zwichrowany charakter kapelusznika, łącząc manieryzmy Jacka Sparrowa z nerwicą natręctw Willy’ego Wonki. Nie wygląda to ciekawie, a sama recytacja słynnego absurdalnego wiersza Carrolla „Jabberwocky” (tożsama z postacią Kapelusznika) w wydaniu Deppa wypada mechanicznie; podobnie zresztą jak wzbudzająca zażenowanie sekwencja zwycięskiego tańca Kapelusznika (antybrawa dla Danny’ego Elfmana za wiktoriańskie break electro!) – równie wstydliwe to doświadczenie jak oglądanie Petera Parkera wycinającego hołubce w Spidermanie 3.

Jeżeli kreacja Johnny’ego Deppa w Alicji w Krainie Czarów jest potwierdzeniem, że sztuce szkodzą powtarzane do znudzenia stare rozwiązania (podobny problem ma krajan Ridley Scott: przyssał się Russella Crowe jak – żeby daleko nie szukać – martin Scorsese do Leonardo DiCaprio), to ponowne zatrudnienie matki dwójki dzieci Burtona, Heleny Bonham Carter, dobitnie temu faktowi przeczy: na tę chwilę trudno wyobrazić sobie bardziej wcieloną Czerwona Królową – kapryśna, wyniosła, okrutna i mistrzowsko przerysowana Bonham Carter Czerwoną Królową po prostu jest, kradnąc film swoją nadętą rolą zarówno Deppowi, jak i Wasikowskiej; jeżeli warto obejrzeć Alicję w Krainie Czarów, to głównie dla zobaczenia jej przerośniętej głowy i tego, z jaką ekranową godnością ją prezentuje.
Dyludyludi i Dyludyludam (Matt Lucas) – jeden z niewielu przykładów kreatywnego użycia efektów specjalnych w Alicji w Krainie Czarów.
I w ten oto sposób dochodzimy do głównej bolączki widza w związku z disnejowską podróżą do Krainy Czarów A.D. 2010, a mianowicie obsadzenia samej Alicji. Prawdopodobnie nie jest to wina braku ekranowego opierzenia młodej aktorki, ale nie da się nie zauważyć, że postaci granej przez Mię Wasikowską brakuje na tyle wyrazistego charakteru, by zainteresować widza perypetiami dziewiętnastolatki w świecie przerośniętych muchomorów. Jestem w stanie zrozumieć, że przez pierwszą część filmu twórcy – mając na celu jak najpełniejszą identyfikację młodej żeńskiej widowni z główną postacią – boją się jak ognia nadać Alicji osobniczy charakter należny tej postaci. Jednak gdy przed filmową Alicją zaczynają się piętrzyć przeszkody, okazuje się, że pokonywanie ich przez główną bohaterkę jest procesem tak dramaturgicznie nieciekawym (wszystkie wydarzenia zdają się następować po sobie niemalże bez jej udziału, a psychologiczna zmiana w samej Alicji jest prawie niezauważalna), że naprawdę trudno oczekiwać nawet od młodego widza, by czuł jakąkolwiek satysfakcję z końcowego tryumfu bohaterki. Co dziwi o tyle, że na siłę unowocześniony scenariusz Lindy Woolverton przekształca motywy z twórczości Carrolla w historię o niełatwym osiąganiu pełnoletniości, gdzie pokonanie Żaberzwłoka (legendarny Christopher Lee – sprowadzony do kilku zaledwie zdań) ma niby stanowić swego rodzaju rytuał przejścia w dorosłość. Gdzie jak gdzie, ale w tym konkretnym gatunku nie ma miejsca na obojętność względem głównej postaci.

Samo rozwiązanie historii również trąci fałszem: mocno anachroniczny scenariusz pozwala sobie na sprzeczne z klimatem epoki feministyczne wtręty, próbując udowodnić widzowi, że w wiktoriańskiej Anglii niezamężne dziewiętnastoletnie dziewczę było w stanie sprzeciwić się konwenansom, pokazać wszystkim, gdzie ich miejsce i w nagrodę otrzymać nie tylko szacunek socjety, lecz również zaproszenie do robienia wspólnych interesów z władnymi dżentelmenami epoki. I beg your pardon!?

By wrócić do stanu twórczej równowagi i zrehabilitować się w oczach widzów, Burton musiałby w najbliższym czasie nakręcić dwa filmy godne jego talentu. Niestety, nie zapowiada się na to: następnym obrazem Burtona będzie – niespodzianka! – kolejny remake, co gorsza: jego własnego filmu, krótkometrażowego Frankenweenie z 1984 r. Sprawdźcie sami, czy przerabianie na pełen metraż tej uroczo naiwnej historii ma po ćwierćwieczu jeszcze jakikolwiek sens:
Część 1/3, Część 2/3, Część 3/3.


(3 x KLAPS! = przeciętny film)

FADE OUT: Byłbym zapomniał: CZY DE! No i zgadliście: trójwymiarowa jakość Alicji w Krainie Czarów podobnie pozostawia widza obojętnym. 3D sprawia wrażenie na siłę doklejonej, kolejnej warstwy tekstu – żałosnej próby wstrzelenia się w aktualną koniunkturę. Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym nie zaznaczył, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że moja percepcja efektów 3D jest skrzywiona odbiorem filmu jako takiego (i trzeci wymiar nie pomoże, kiedy sam film wydaje się wyjątkowo płaski – operator Dariusz Wolski najwyraźniej mógł zrobić tylko tyle, na ile disnejowscy włodarze mu pozwolili).

„O, i ja teraz trzymam tak ręce, wiesz – że niby reżyseruję, jednocześnie razem patrzymy gdzieś w bok, a Darek strzela mega fotosa”

Przy okazji: kanał College Humor przygotował filmik, które dobitnie kwituje obecny stan twórczych możliwości Burtona:

Źródła: materiały dystrybutora, College Humor
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

8 Responses

  1. Anonymous pisze:

    za dużo słów, Panie..

  2. I będzie jeszcze więcej – bardziej zawile, konsekwentnie nieczytelnie, i ogólnie bez sensu! (To nie Twitter, tu się pisze!)

  3. Jacek Picu pisze:

    Film o twórczym umyśle samego kreatora-reżysera jest bardziej klimatyczny niż wszystkie burtonowskie produkcje ostatniej dekady. (należy zwrócić uwagę na moment, kiedy scenarzysta może już iść się wysrać).<br /><br />A takie słowa to miód na me skołatane ee. oczy. Jednak ten akapit streszczający fabułę z postaciami można było chyba olać – ja i tak nic z tego nie rozumiem.<br />Cieszy mnie bardzo

  4. Nic na miarę &quot;Eda Wooda&quot;, to na pewno. A w świetle np. takiego &quot;Powrotu Batmana&quot; ciężko zachwycać się dwoma ostatnimi filmami Nolana – te wszystkie wizualne perwersje, na które Burton pozwolił sobie przy okazji tego filmu, teraz przy podobnym budżecie nikomu nie uszłoby na sucho. I jakim cudem DeVito nie dostał żadnej nagrody?<br />Good times!)

  5. Jacek Wiśniewski pisze:

    Ciezko panie wdawac sie w polemike, jak sie czlowiek zgadza z kazdym wystukanym przez autora w klawiature slowem.<br /><br />&quot;Ogladnalem&quot; ten film dopiero niedawno, co chyba najlepiej swiadczy o mojej fascynacji Timem Burtonem AD.2010. A mówiac &quot;oststnio&quot;, mam na mysli czas nie dluzszy niz 3 tygodnie temu (mamy polowe czerwca). Odstraszyly mnie glównie recenzje, jak ta tutaj,

  6. Oryginalna &#39;American McGee&#39;s Alice&#39; stoi ładnie na półce od prawie dekady i czas jej jakoś nie rusza – nie sądzę, żeby za dziesięć lat można było to samo powiedzieć o wersji Burtona.<br />Przy okazji: jest szansa, że McGee w końcu zrobi drugą część:<br />http://www.americanmcgee.com/wordpress/2009/02/20/alice-sequel/

  7. Jacek Wiśniewski pisze:

    Szansa, tudziez nadzieja, umiera ostatnia… Ale patrzac po jego podejsciu do opowiesci braci Grimm (http://www.gry-online.pl/S016.asp?ID=10703) dobrze być nie moze…<br />Jednak fakt faktem! Ostatnio scia…. EKHEM, zakupilem ponownie American McGee&#39;s Alice i ani troche klimat nie zdewaluowal. Wciaz mam ciarki na plecach przedzierajac sie przez House of Doors (nie wiem czy to ta nazwa, w

  8. Oglądałem ten zwiastun jakiś czas temu i smutno mi się zrobiło – bo wygląda to jak art porn zrealizowany za kieszonkowe od babci;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.