ASH VS. EVIL DEAD

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

ash_vs_evil_dead

Trend przepisywania filmowych hitów na format serialu w ostatnich latach ma się całkiem dobrze. Gotham, Krzyk, 12 małp, Jestem bogiem i Fargo pokazały, że tego typu produkcje niekoniecznie muszą być oznaką braku pomysłów po stronie telewizyjnych włodarzy, a potencjał dramaturgiczny teoretycznie przebrzmiałych historii jest w zasadzie nieograniczony. W zeszłym roku do tego zacnego grona dołączył serial, który podobnie jak powyższe oparty jest na znanym tytule, ale w odróżnieniu od ww. produkcji ambicji dramaturgicznych posiada tyle, ile oleju w głowie ma jego czarujący bohater.

Ash vs. Evil Dead, bo o tym serialu mowa, przywraca światu jedną z najważniejszych postaci kina grozy lat 80.: Asha Williamsa – niegrzeszącego inteligencją macho, który w życiu ma jeden cel: żłopać piwsko, wyrywać laski, dobrze się bawić i okazjonalnie dawać łupnia wysłannikom piekieł (to w zasadzie cztery cele, ale kto by tam liczył – na pewno nie nasz bohater). Stworzony na początku lat 80. przez Sama Raimi’ego i genialnie odgrywany przez Bruce’a Campbella Ash cieszył widzów swoją obecnością aż do 1992 roku, kiedy Armią ciemności zakończono trylogię filmów o wygadanym jankesie walczącym z martwym złem. Lata mijały, a dzięki rewolucji VHS sentyment do bohaterskiego rednecka z piłą mechaniczną zamiast ręki nie słabł. Dlatego gdy w 22 lata po ostatnim występie Raimi i Campbell podczas panelu na Comic-Conie zapowiedzieli powrót Asha, dorośli fani horroru cieszyli się jak dzieci. Jedyną rzeczą, która psuła to piękne uczucie, była perspektywa oglądania nowych przygód bohatera na małym ekranie. Bo, prawda, telewizja obecnie pozwala na wiele, ale czy stacja Starz dałaby zielone światło na serial, który łączy brutalne gore z groteską i sprośnymi żartami? Fani obawiali się, że jeżeli Ash ma zamiar powrócić w formie serialu, to pewnie będzie to upupiona wersja tego szaleństwa, które znali z filmów.

Okazało się jednak, że Raimi wybrał tę a nie inną stację na producenta nie bez kozery – to właśnie włodarze Starz dali mu gwarancję zapewnienia artystycznej ciągłości z poprzednimi filmami cyklu. Martwe zło i Ash w 2015 r. powrócili jako serial tak samo brutalny i tak samo mało wyszukany jak jego filmowa trylogia – bluzgający hektolitrami krwi i pełny humoru tak samoświadomego, że brakuje tylko, by nasz bohater zaczął rzucać suchary w naszym kierunku, zwracając się bezpośrednio do kamery.

Bo to, co z miejsca ujmuje w Ash vs. Evil Dead, to cudowna ejtisowa umowność serialu i dumnie eksponowany brak chęci, żeby być czymś więcej niż wyłącznie świetną zabawą dla fanów przerysowanego komedio-horroru. Serial, kontynuując historię Asha, nie boi się naśmiewać zarówno z własnej konwencji, jak i głównego bohatera – obecnie podtatusiałego, leniwego macho, który przez ostatnie dwadzieścia kilka lat ze swoim życiem nie zrobił dokładnie nic, zadowalając się mieszkaniem w przyczepie i pracą jako ekspedient w przydrożnym dyskoncie. I, jakżeby inaczej, po latach spokoju znowu tak jakoś wyszło, że znów przez przypadek przywołał piekielne moce – bo zjarał się z jakąś przygodnie poznaną lalą i razem postanowili poczytać sobie do poduszki Nekronomikon (typowy Ash!).

By serial nie był wyłącznie rozrywką dla pokolenia 30+ Raimi daje Campbellowi do pomocy dwójkę młodych postaci (Ray Santiago i Dana DeLorenzo), gdzie większość komedii bierze się z konfrontacji właśnie ich zdroworozsądkowego podejścia z megalomanią Asha. Jest też Lucy Lawless jako widmo z przeszłości bohatera, a całość ogólnie nie stara się zapominać o tym, skąd wziął się cały ten ambaras z demonami prześladującymi bogu ducha winnych Amerykanów. Pierwszy sezon Ash vs. Evil Dead to dziesięć półgodzinnych odcinków, w których Raimi wraz z Campbellem zabierają nas w podróż do miejsca, w którym wszystko to się zaczęło, by raz na zawsze rozprawić się ze złem odnalezionym w piwnicy letniskowego domu w gdzieś w głębi lasu. I naprawdę nieważne, czy im się uda – sama obecność Asha, jego genialnie głupich odzywek i entuzjazm Bruce’a Campbella powracającego do ikonicznej roli są wystarczającymi powodami, by dać temu serialowi szansę.

Stupid fun!

(2 x KLAPS! =  całkiem dobry serial)

 

Źródła: materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.