AUTOR WIDMO

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

(Ghost Writer)
USA, 2010, 128 min.
Reżyseria: Roman Polański
Scenariusz: Roman Polański i Robert Harris (na podstawie powieści tego ostatniego)
Zdjęcia: Paweł Edelman
Muzyka: Alexandre Desplat
Montaż: Herve de Luze
Występują: Ewan McGregor, Olivia Williams, Pierce Brosnan, Tom Wilkinson, Kim Cattrall i inni
Dystrybucja: Forum Film Poland

FADE IN: Biorąc pod uwagę radośnie seksualno-sadystyczną formułę tego bloga, chyba nie mógłbym rozpocząć serii moich krytykanckich wycieczek recenzją filmu innego reżysera niż Roman Polański. On też za młodu namiętnie rozdawał klapsy – jednak w nie tej kategorii wiekowej, w której powinien.
Najnowszy film reżysera Chinatown opowiada historię pisarzyny (McGregor w swej najlepszej roli od czasu… ahem, ostatni film McGregora, jaki widziałem, to Sen Kasandry Allena, i nie mogę powiedzieć nic złego na temat jego aktorskich starań tamże) parającego się tworzeniem pseudo autobiografii i pamiętników na zlecenie wszelkiej maści trzody świecznikowej: celebrytów (matko, jak ja nienawidzę tego słowa), polityków i takich tam. Za namową swojego wygadanego agenta (Jon Bernthal – nie przejmujcie się, też nie wiem, kto to jest) nasz nienazwany bohater podejmuje się napisania wspomnień byłego premiera Wielkiej Brytanii (akuratnie obsadzony Brosnan) w zastępstwie poprzedniego anonimowego autora, który zadanie to przypłacił życiem (nie zdradzając niczego, co nie znalazłoby się w zwiastunie filmu: poprzednik popełnił „samobójstwo” – to w rodzaju tych, które przytrafiają się w polskich więzieniach świadkom w sprawach, które zahaczają o świat polityki). Zamknięty w letniskowej wilii byłego premiera, kontrolowany przez świtę jego najbliższych współpracowników, bezimienny autor odkrywa tajemnice, przez które sprowadzi na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo … (matko, co to będzie?!)

Oops, to chyba jednak Ghost RIDER (hej, z takim tytułem każdy mógł sie pomylić!).

 

Okej, bez owijania w bawełnę: Autor widmo to film, jakich wiele i trudno znaleźć usprawiedliwienie dla peanów pianych na jego cześć. Powody poniżej.

Scenariusz nie może zdecydować się, kim postać McGregora ma tak naprawdę być: z jednej strony przedstawia go jako bystrego autora śledczego, za wszelką cenę dążącego do wyjaśnienia zagadki przeszłości swojego pracodawcy, z drugiej odnajdujemy go w scenach, kiedy lekkomyślnie powierza cenne informacje ludziom, którym ufać nie ma powodu. W takiej kombinacji cech charakteru nie ma, oczywiście, niczego, co kłóciłoby się z ludzkim doświadczeniem, a obraz człowieka, który jest jednocześnie inteligentem i idiotą, większości z nas znany jest z życia codziennego – problem w tym, że film decyduje się przedstawić tę drugą, nierozgarniętą twarz bohatera wyłącznie wtedy, kiedy jest to na rękę samej historii i kierunku, w którym ta ma podążać: wybory bohatera nie są lekkomyślne dlatego, że zaaferowany tempem wydarzeń nagle zapomniał logicznie pomyśleć – powodem jest wyłącznie filmowa potrzeba skonfrontowania go z konkretną postacią i tym samym posunięcie historii naprzód. Takich smutnych uproszczeń jest niestety więcej; najbardziej żałośnie wypada internetowe śledztwo, które w drugim akcie nasz bohater przeprowadza na swoim laptopie przy pomocy Google Search: przeskakując od strony do strony, co rusz to zmieniając kryteria wyszukiwania, postać McGregora w ciągu zaledwie kilku minut odkrywa rewelacje na temat przeszłości byłego premiera (na stronach, które są jednymi z pierwszych wyników w wyszukiwarce!), których to sam kaliber powinien zniszczyć karierę tego polityka w ciągu kilku dni od publikacji. Czyżby w okresie, kiedy skandal wokół byłego premiera jest najgorętszym międzynarodowym tematem, nikt oprócz naszego bohatera nie korzystał z Internetu w celu dowiedzenia się czegoś więcej o samym bohaterze kontrowersji? Co z wiarygodnością internetowych źródeł? Pytania można mnożyć.

„Mam w telefonie darmowy Internet i nie zawaham sie go użyć! ” Śledcza głupota Autora widmo czasem przekracza dozwolone normy.


Przy okazji licznych medialnych komentarzy po przyznaniu Polańskiemu berlińskiego Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię omawianego tu filmu (w świetle tej wątpliwie zasłużonej nagrody wypadałoby też przyznać statuetkę np. Michaelowi Bayowi), dało się słyszeć jakoby ważkość tego filmu zasadzała się między innymi na tym, że jest on przyczynkiem do dyskusji na temat międzynarodowego terroryzmu, metod walki z tym zjawiskiem czy służalczej relacji między Wielką Brytanią a USA. Problem polega na tym, że stan oskarżenia, w który zostaje postawiony były premier grany przez Brosnana (zarzuty o przyzwolenie na tortury wobec więźniów podejrzanych o terroryzm – fatalne w skutkach dla jednego z przesłuchiwanych) jest w tym filmie wyłącznie konstrukcyjnym McGuffinem – pretekstem do zawiązania intrygi, figurą, która została wprowadzona po to, by podbić stawkę wyborów bohatera – niczym więcej. Jest to element jak najbardziej wymienny – przekształćmy przyzwolenie na tortury wobec podejrzanych o terroryzm na np. błogosławieństwo byłego premiera dane bezprawnej kastracji potencjalnych pedofilów (wraz z niefortunnym zgonem jednego z nich podczas zabiegu), i bez problemu uda nam się poprowadzić głównego bohatera tymi samymi ścieżkami, niespecjalnie zmieniając ogólną wymowę historii. Aż do patetycznego i efekciarskiego zakończenia, nad którym nie wiedzieć czemu wszyscy krytycy zdają się rozpływać. (Polański zrobił użytek z przestrzeni pozakadrowej – uaa, no geniusz ekranu po prostu!)

Gwoli jasności: to nie jest miałkie, płytkie kino pozbawione wyrazu, czy jakichkolwiek wartości artystycznych – w żadnym wypadku; Paweł Edelman postarał się o naprawdę wysmakowane zdjęcia (szczególnie te w wietrznych plenerach wybrzeża Nowej Anglii – nawet jeżeli kręcone były w Europie ze względu na zbyt duże ryzyko zwiazane z podróżą reżysera do USA), budująca napięcie muzyka Alexandre Desplata zmyślnie przywołuje echa partytur Bernarda Hermanna z klasyków suspensu sprzed pół wieku (Zawrót głowy, Północ-Północny Zachód), a od aktorów nawet przez moment nie wieje ekranowym fałszem (głównie McGregor zasłużył na pochwały – głównie dzięki jego zatopieniu się w rolę widz ma ochotę śledzić do końca tę cokolwiek przewidywalną historię). Jednak pomimo wyżej wymienionych zalet nie jest to kino na tyle wyszukane (ani formalnie, ani treściowo), by na tym etapie rozwoju filmowego medium było warte ogólnoświatowego zachwytu, nie mówiąc już o festiwalowych laurach; po prostu zgrabny, profesjonalnie zrealizowany dreszczowiec o zwykłym człowieku uwikłanym w niezwykłe okoliczności – siedemdziesiąt lat temu Alfred Hitchcock kręcił dwa takie filmy rocznie i nikt nie robił z tego tak wielkiego halo. Poza tym, tak po prawdzie, to my już ten film widzieliśmy, i to w wydaniu samego autora Noża w wodzie – było to ponad dekadę temu, a obraz ten zatytułowany był Dziewiąte wrota. Tak, w Autorze widmie mamy do czynienia z niemalże tym samym wodzonym na pokuszenie bohaterem, podobnie przeprowadzonymi śledczymi perypetiami, ba! nawet scena pościgu przez las jest łudząco podobna do tej z Dziewiątych wrót.

– No to ja wtedy do niej: „Jak tylko piśniesz słówko, to dostaniesz o tak, na odlew – pach!”
– Hahaha, Panie Romanie, Pan to jak coś powie…
Wiedząc to wszystko, nie dajmy się oszukać medialnemu dominu do bólu powtarzanych bezkrytycznych ocen: Autor widmo to sprawnie zrealizowana rozrywka – nic ponad to.


(3 x KLAPS! = przeciętny film)

FADE OUT: Hej, ale i tak lepsze to niż Polański udający Serge’a Gainsbourga na ostatniej płycie Emmanuelle Seigner:
http://www.tvn24.pl/2307939,0,0,10,1,polanski-spiewa-z-zona,wideo.html

Ooooh, je t’aime mon amour…

Źródła: materiały dystrybutora, TVN24.pl

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

5 Responses

  1. Anonymous pisze:

    Witam Panie Igorze,<br />Pięknie Pan mówi, ale za pisanie klaps. Nawet więcej niż jeden, bo po jednym za każde schowane zdanie. A że film w końcu o książki pisaniu i redagowaniu cudzych tekstów… <br /><br />Cytując:<br /><br />W takiej kombinacji cech charakteru nie ma, oczywiście, niczego, co kłóciłoby się z ludzkim doświadczeniem, a obraz człowieka, który jest jednocześnie inteligentem i

  2. Dałoby się, a jakże. <br />Problem w tym, że nie bardzo się chce – bo kłóciłoby się to z niekomunikatywnym stylem autora:P<br /><br />pzdr,<br />igr

  3. Anonymous pisze:

    Film tragedia. Chyba pierwszy raz w życiu tak bardzo męczyłam się, aby dotrwać do mety. Bohater w postaci &quot;boskiego&quot; Ewana jest emocjonalną amebą, jak zresztą całe to poprzedzone skomercjalizowaną tragedią pana R. filmidło (gdzie początek i &quot;rozkręcanie&quot; się akcji nie ma końca!!). DŻIZAZ! BRRR! FUJ!!

  4. Od czasu premiery na Berlinale jakoś nikt nie garnie się do nagradzania tego &quot;dzieła&quot; – minęło ledwo osiem miesięcy, a świat jakimś dziwnym trafem zdążył już zapomnieć o tym przykładzie &quot;wielkiego&quot; kina. Tym krytykom to jednak nie można ufać;)

  5. Anonymous pisze:

    Trzeba było coś dać. W końcu RP wielkim reżyserem jest. Prawie jak Kubrick hehe.MG

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.