BABY DRIVER

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

bdrvr-01

USA/Wlk. Brytania, 113 min.
Reż. Edgar Wright
Dystrybucja: United International Pictures Sp z o.o.

Marvel nie dał Edgarowi Wrightowi nakręcić Ant-Mana, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo to właśnie dzięki tej decyzji brytyjski reżyser w końcu znalazł czas na projekt, który chodził za nim od lat 90.

Dokładnie od 1994 r., kiedy pomysł na film o mistrzu kierownicy w typie Kierowcy (1987) Waltera Hilla po raz pierwszy skrystalizował się w głowie młodego reżysera za sprawą muzyki jego ulubionego wówczas zespołu, Jon Spencer Blues Explosion. Wright wymyślił sobie postać kierowcy na usługach gangsterów, który czas akcji liczy długością ulubionych piosenek, więc przez kolejne lata zbierał utwory, wokół których mógłby obudować swój film, w międzyczasie zdobywając doświadczenie na planach seriali BBC (Asylum, Merry-go-round). Z poznanymi przy pracy aktorami Nickiem Frostem i Simonem Peggiem w latach 1999-2001 stworzył klasyczny już serial Spaced, którego sukces połączył tych trzech Brytyjczyków na najbliższe kilkanaście lat. Na początku nowego wieku pomysł na film o kierowcy poszedł w odstawkę, a dokładniej posłużył za kanwę teledysku, który Wright nakręcił dla zespołu Mint Royale w 2002 r.

Następne lata to najlepszy okres w karierze Wrighta. Skrystalizowany w dwóch sezonach Spaced styl reżysera, pełen wariackich przejść między ujęciami, szybkiego montażu, i nasączony nawiązaniami do kina gatunkowego, znajduje idealnego sprzymierzeńca w typowo brytyjskich, ironicznych dialogach pióra Simona Pegga. Wysyp żywych trupów (2004), Hot Fuzz – Wściekłe psy (2007) i To już jest koniec (2013), czyli tzw. trylogia Cornetto (od ulubionych lodów reżysera, które pojawiają się w każdym z trzech filmów) niby reprezentuje ten sam pomysł na kino recyklingu jak u Tarantino, Rodrigueza i Smitha, jednak to właśnie jego brytyjski charakter odróżnia je od reszty. Nick Frost i Simon Pegg, w rękach Wrighta komediowy duet na miarę Flipa i Flapa, stają się nierozerwalnie związani z kinem reżysera – do tego stopnia, że gdy Wright między kolejnymi częściami trylogii kręci bez udziału swoich ulubionych aktorów adaptację Scotta Pilgrima, fani jego kina czują lekki niedosyt.

W ten sposób dochodzimy Ant-Mana. Po czterech latach pracy nad filmem dla Marvela Wright rezygnuje z funkcji reżysera, tłumacząc swoją decyzję zbyt dużą ingerencją studia w scenariusz, który współtworzył z Joe Cornishem (kolejnym częstym brytyjskim współpracownikiem po Froście i Peggu). Marvel pisze scenariusz od nowa z Adamem McKayem i gwiazdą filmu, Paulem Ruddem, ale koniec końców pozostawia nazwisko Wrighta zarówno jako współscenarzysty, jak i producenta wykonawczego. Nieplanowaną przerwę w zatrudnieniu Wright postanawia zapełnić, wracając do pomysłu na film z pościgami napędzanymi muzyką.

OK, trzeba trochę przyspieszyć, bo miała być krótka opinia, a robi się z tego elaborat.

Co w Baby Driver jest dobre?
  • Aktorstwo: gwiazda kina YA Ansel Elgort, pomimo lekko autystycznej roli, jest w stanie poprowadzić cały film – bo w swoim wycofaniu ze świata jest po prostu autentyczny. Pozytywnie zaskakuje też Jamie Foxx jako nieprzyjemny zakapior i Kevin Spacey w dwuznacznej roli szefa gangu.
  • Pościgi: żadnych komputerów, żadnej inscenizacyjnej przesady jak we Wściekłych i szybkich, po prostu świetna kaskaderska robota na ulicach miast jak za czasów świetności Steve’a McQueena.
  • Montaż: to film Edgara Wrighta, co samo w sobie zobowiązuje, ale montaż sekwencji, który Jonathan Amos i Paul Machliss zrobili pod wybraną przez reżysera muzykę, jest tutaj prawie tak dobry jak ich robota przy Scott Pilgrim kontra świat.
Co w Baby Driver kuleje?
  • Historia: do pomysłu kierowcy liczącego czas piosenkami Wright dobudował dosyć standardowy gangsterski scenariusz z traumą z przeszłości, ostatnią robotą i kobietą, dla której bohater chce wszystko rzucić. Gdyby nie smaczki w postaci wrightyzmów wciskanych tu i tam, byłaby to historia, jakich wiele.
  • Nie do końca przekonuje też sam ton filmu. W postkolonialnej mentalności dzisiejszych Brytyjczyków jest coś takiego, że gdy Simon Pegg w To już jest koniec w jednej scenie obnaża egzystencjalną pustkę swojej postaci czterdziestoletniego narkomana, a w drugiej odstawia najgłupszy slapstick, lawirując podczas walki z armią robotów tak, by nie wylać swojego piwa, wszystko ze sobą idealnie współgra (bo taka dwoistość jest tam naturalna). W Baby Driver, którego świat zaludniają pragmatyczni Amerykanie, taka nieprzystawalność mogłaby rzeczywiście nie zagrać, dlatego Wright po raz pierwszy w karierze wątków dramatycznych stara się nie łączyć z komediowymi, przez co film – szczególnie w drugiej połowie – nabiera poważniejszego tonu, który czasem pobrzmiewa nieco sztucznie (tym bardziej, że początkowa scena filmu sugeruje wręcz słodycz musicali dawnego Hollywoodu). Zresztą podobnie jak wątek romansowy, gdzie poznana w dinerze kelnerka (Lily James wystylizowana na Madchen Amick w Twin Peaks) ma stanowić dla bohatera motywację do przemiany, jednak romans jest tak przegnany, że trudno w tę motywację uwierzyć.

Nie zrozumcie mnie źle. To w żadnym wypadku nie jest zły film; ba – jest on tak zawodowo zrobiony, że z chęcią kiedyś obejrzę go jeszcze raz dla prześledzenia samego montażu (i świetnego gagu z Halloweenową maską Mike’a Myersa). To po prostu nie jest jakoś specjalnie dobry film Edgara Wrighta. Oczywiście, kiedyś musiał nadejść ten moment, że ten brytyjski reżyser, wraz ze wzrostem popularności jego filmów, w końcu zacznie kręcić filmy w Ameryce z amerykańską obsadą – jak wcześniej zrobili to jego krajanie Chaplin, Hitchcock, Kubrick czy Nolan. Problem w tym, że każdy z ww. twórców od początku korzystał z języka tak uniwersalnego, że zmiana scenerii z brytyjskich miast na amerykańskie dla ich twórczości nie stanowiła problemu. U Wrighta – odwrotnie – jednym z podstawowych elementów, które odróżniają jego styl od podobnych reżyserów-geeków, jest właśnie ten brytyjski filtr nałożony na przetwarzane motywy popkultury. Cieszę się, że Wright próbuje nowych rzeczy z nowymi aktorami, ale pozbawiony głównej cechy, która wyróżnia jego kino wśród innych remikserów kina, niebezpiecznie zaczyna się zlewać z resztą podobnych jemu twórców – a to najgorsza rzecz, jaka może przydarzyć się reżyserowi, którego widzowie pokochali za jego oryginalny styl.

Clapper-boardSMALLHALF-GREY2Clapper-boardSMALL-GREYClapper-boardSMALL-GREY
(2,5 x KLAPS! =  prawie dobry film)
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.