BLADE RUNNER 2049

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

 

screen_shot_2017_05_08_at_1-23-56_pm-png

Stany Zjed., 163 min.
Reż. Denis Villeneuve
Dystrybucja: United International Pictures

Ładny kadr, prawda? Po prawej obumarłe drzewo jako symbol natury, która już po prostu nie wyrabia, po lewej latający samochód jako świadectwo technologicznej potęgi człowieka, i pożoga na styku tych dwóch elementów. Kozackie zamknięcie w jednym kadrze całego świata Blade Runner 2049 i jednocześnie górnolotne nawiązanie do Ofiarowania Tarkowskiego. W nowym Łowcy androidów takich wysmakowanych obrazków i wizualnych hołdów znajdziemy bez liku. To, czego nie znajdziemy, to ten poetycki techno blues, który od 35 lat każe nam wracać do filmu Ridleya Scotta.

Kluczem do zrozumienia kontrowersyjnego filmu Denisa Villeneuve’a (Sicario) jest muzyka. W oryginalnym Łowcy androidów rozmarzone syntezatory Vangelisa stanowiły kontrapunkt dla smutnej wizji przyszłości zaprezentowanej przez Ridleya Scotta, ofiarując namiastkę ciepła w skąpanym w kwaśnym deszczu Los Angeles przyszłości. W nowym filmie muzyka Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa – choć zbudowana na tym samym intstrumentarium (minus plumkanie diamentowych dzwonków) – przede wszystkim jest po to, żeby jeszcze mocniej podkreślać wizję reżysera. A ta jest brutalna i od samego początku jasno zaznacza, że nie ma już powrotu do komfortu świata futurystycznej melancholii, którą wyczarowały pasaże analogowej elektroniki greckiego kompozytora. Zimmer z Wallfischem romantyczne syntezatory Vangelisa aktualizują pluginem ciężkiej paranoi, która na niektórych przesterach jest tak posępna, że w kinie smażą się głośniki. Dodaj do tego potężne kawalkady bębnów z piekielnych czeluści i oniryczne tybetańskie chóry, i już wiesz, jaka jest kondycja ludzkości 30 lat po wydarzeniach pierwszego filmu.

Jeżeli symbolem filmu Scotta był deszcz, u Villeneuve’a jest to śnieg, co dobitnie oddaje bezpardonowość rzeczywistości Blade Runnera w roku 2049. Ten świat nie jest już zwyczajnie smutny, jest on nieludzko zimny, a nasz bohater (pięknie sfrustrowany Ryan Gosling) jest tutaj tylko trybikiem w maszynie, nieszanowanym przez współpracowników, poddawanym ciągłym testom Józefem K z Procesu Kafki, kluczącym w labiryncie Los Angeles, które samo na szyję zakłada sobie pętlę ekologicznej katastrofy. Od zniszczenia falami Atlantyku miasto chroni jedynie kolosalny mur, zmieniający krajobraz metropolii w przerośnięte więzienie, a sam łowca androidów opluwany jest nawet przez własnych sąsiadów – mieszkańców przeludnionego blokowiska pełnego wszelkiej maści patoli.

Villeneuve robi tutaj bardzo ryzykowną rzecz, bo z jednej strony świadomie odziera świata Blade Runnera z tego nostalgicznego glamouru, który kojarzymy z pierwszym filmem, z drugiej, razem ze scenarzystami Hamptonem Fancherem i Michaelem Greenem, dosyć kurczowo trzyma się templatki oryginału. Znowu w centrum mamy małomównego policjanta, jego skomplikowane śledztwo w sprawie ukrywających się replikantów, mamy jego szefa (pierwsza dama Robin Wright), sztuczną inteligencję, w której się zakochuje (Ana de Armas – najsłabsza w całej obsadzie) i kolejnego wynalazcę z kompleksem Boga (całkiem strawny Jared Leto). Mamy obowiązkowe sekwencje lotu spinnerem nad rozneonionym Los Angeles, kilka scen z charakterystycznym powiększaniem zdjęć w poszukiwaniu tropów („Enhance”. Klik klik klik. „Stop”), a nawet kopię słynnej sceny skradania się po opuszczonej kamienicy (tym razem nie jest to Bradbury w LA, tylko hotel w Las Vegas, w którym bohater szuka Ricka Deckarda – swojego odpowiednika z pierwszej części). Oglądając to powielanie klasycznego wzorca, cały czas zastanawiałem się, co w nowym Blade Runnerze Villeneuve ma do dodania od siebie – oprócz demitologizacji poprzedniej wersji tego świata i nasączenia go emocjonalnym rozedrganiem, z którego tak dobrze jest znany. Na pewno wizualny przepych, ale to tak naprawdę jest domena Rogera Deakinsa, który wyczynia tutaj naprawdę niestworzone rzeczy ze światłem (patrz: ilekroć na ekranie pojawia się opuszczone, pomarańczowe Las Vegas). Czy coś poza tym? Pewnie musiałbym na film wybrać się raz jeszcze, ale problem jest taki, że nie za bardzo mi się spieszy, żeby ten seans powtarzać. A właśnie odpowiedź na to proste pytanie, czy film chcę zobaczyć ponownie, jest dla mnie najlepszym papierkiem lakmusowym przy ocenianiu, jak bardzo dany film się udał.

Melancholią Łowcy androidów zaraziłem się, kiedy jako dziesięciolatek po raz pierwszy obejrzałem go na czarno-białym telewizorze mojej babci. Jako nastolatek – jak wielu ludzi oczarowanych jego poetycką wizją „zmęczonej” przyszłości – wiele razy wracałem do tego filmu, z każdą nową projekcją odnajdując w nim nowe pokłady znaczeń. Blade Runner 2049 prawdopodobnie nie znajdzie podobnej rzeszy fanów, bo raz, że nasz świat dogonił futurystyczne wizje i pozbawił je efektu novum, które znowu przyciągałoby ludzi do tego świata; dwa, że film Villeneuve’a – choć pięknie zrobiony i odważny w intensywności proponowanych doznań – nie ma drugiego dna, w które widz mógłby raz za razem się zanurzać.

Cóż, wchodzenie dwa razy do tej samej rzeki rzadko przynosi te same efekty.

(2 x KLAPS! =  całkiem dobry film – ale nic więcej)

Źródła: materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

1 Response

  1. Suchoty pisze:

    Bardzo dobra recenzja (i świetnie napisana)! Zgadzam się, że film jest pięknym, lecz pustym naczyniem itp etc i ogólnie cieszę się, że są normalni krytycy na tym łez padole. ALE proszę nie porównywać tego kadru to „Ofiarowania”!!!! to porównanie jest całkiem wyjęte z kontekstu i dotyczy wyłącznie płonącego budynku (mało takich?). Ta scena z Tarkowskiego jest najbardziej piorunującą, wstrząsająca i mistrzowską sceną jaką kiedykolwiek widziałem w jakimkolwiek filmie. Kilkunastominutowe, pojedyncze ujęcie kulminacyjne z prawdziwym, dużym płonącym budynkiem w tle, w którym działa się cała akcja filmu. Generalnie źle to może świadczyć o autorze tych słów bo jest to uogólnianie i jest na wyrost (+jest to powtarzanie błędnej opinii po kimś). Tym nie mniej serdecznie pozdrawiam i dziękuję za super recenzję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.