CROUCHING TIGER, HIDDEN DRAGON: SWORD OF DESTINY

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

IMG_2472.CR2

USA/Chiny, 120 min.
Reż. Yuen Woo-ping
Dystrybucja: Netflix

Gdy Netflix bierze się za produkcję filmów fabularnych, jak na razie efekty są dwojakie: albo mamy obraz wybitny (Beasts of No Nation), albo ciężko idzie to oglądać (Ridiculous 6). Właśnie opublikowana w serwisie kontynuacja Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka (2000) plasuje się gdzieś pośrodku tego spektrum.

Nie wiem, jaki geniusz biznesu doszedł do wniosku, że dobrym pomysłem będzie nakręcenie tego sequela. Nie dość, że od premiery oryginalnego Przyczajonego tygrysa Anga Lee minęło 16 (!) lat, to tę finansowaną głównie przez Amerykanów kontynuację postanowiono zrealizować w całości w jęz. angielskim, pozbawiając świat przedstawiony tego charakterystycznego brzmienia, które jest integralną częścią chińskich opowieści wuxia. Nie bez znaczenia jest też fakt, że z oryginalnej obsady mamy tutaj AŻ jedną osobę.

W tym momencie wypada, żebym się przyznał do pewnego uprzedzenia, które mam względem Azjatów: tak, jestem rasistą, ale dosyć specyficznym, bo dalekowschodnich aktorów po prostu cenię dużo bardziej od ich zachodnich odpowiedników. Dlaczego? Bo od Azjatów wymaga się nie tylko fachury w wyrażaniu emocji, ale także fizycznej tężyzny i maestrii we władaniu sztukami walki. Żeby zostać gwiazdą w takich Chinach, nie wystarczy ładna buzia i pamięć do zapamiętywania kwestii. Popatrzcie np. na taką Michelle Yeoh – kobieta ma 53 lata, nagrała się i w Azji, i w Hollywoodzie,  a w Sword of Destiny – jako jedyna członkini powracająca z oryginalnej obsady Przyczajonego tygrysa – na ekranie nadal kopie tyłki ze zwinnością nastolatki, by chwilę później w scenach dramatycznych pokazać klasę aktorki, która z niejednego pieca chleb już jadła. Uwielbiam kobietę za to, że będąc nominalnie gwiazdą kina kopanego, potrafi jednocześnie być damą ekranu nie mniej dystyngowaną niż Meryl Streep.

W Sword of Destiny oglądamy  jeszcze jedną gwiazdę kina azjatyckiego – 52-latka Donniego Yena, który zagrawszy w ponad pięćdziesięciu filmach kung-fu, dopiero po sukcesie Hero (2002) oraz Ip Mana (2008) został zauważony poza Chinami (w najbliższym czasie zobaczymy go m.in. w xXx: The Return of Xander Cage oraz Star Wars: Rogue One). Yen, podobnie jak Michelle Yeoh, to klasa sama w sobie, i nawet w porównaniu z Chow Yun-fatem – który grał pierwsze skrzypce w pierwszym Przyczajonym tygrysie – wypada tutaj naprawdę dobrze jako wiodący żywot pustelnika dawny kochanek głównej bohaterki.

Niestety nie można powiedzieć tego o samym filmie, który w zasadzie należałoby uznać za soft reboot oryginalnej historii przygotowany na potrzeby amerykańskiej widowni (tak, filmy oparte są na chińskiej powieściowej sadze Wanga Dulu, ale to w zasadzie niczego nie zmienia). Bo podobnie jak w pierwszej części mamy tutaj znany czworokąt postaci: starszą wojowniczkę i wojownika (Yeoh i Yen), broniących legendarnego miecza Zielone Fatum, oraz młodą adeptkę sztuk walki (Natasha Liu Bordizzo) podkochującą się w wojowniku z wrażego klanu (Harry Shum Jr.). Różnica względem oryginalnego filmu w zasadzie polega na tym, że wraz z odebraniem aktorom ich ojczystego języka z opowieści wywiało też sporo tej poezji chińskiego języka kina, która tak bardzo ujęła międzynarodową widownię w filmie Anga Lee. Tym razem reżyserią zajmuje się legenda kina kung-fu, Yuen Woo-ping (m.in. Pijany mistrz, Iron Monkey), ale jego wieloletnie doświadczenie w pracy w Hollywood działa trochę na niekorzyść całemu materiałowi (od czasu pierwszego Matriksa to on zajmował się choreografią większości amerykańskich filmów z elementami sztuk walki). Pod względem swojej kariery filmowca Woo-ping od 1999 r. stoi w rozkroku między Chinami a USA, i to rzutuje także na rzeczywisty charakter Sword of Destiny – teoretycznie adaptacji tradycyjnej chińskiej powieści wuxia, a w rzeczywistości czegoś na wzór Drużyny Pierścienia osadzonej w Państwie Środka (w swoim queście ochrony legendarnego miecza nasi bohaterowie nawet wspierani są podobną grupą komicznie przekomarzających się najemników).

To powiedziawszy, kontynuacji Przyczajonego tygrysa nie mogę uznać za porażkę. Pomimo brutalnego zamerykanizowania całości, film zachował resztki czaru średniowiecznych chińskich legend, ma świetne walki, jest dobrze zagrany, ma dobry stosunek patosu do humoru, i naprawdę ogląda się to z niekłamaną przyjemnością. Pewnie gdyby Sword of Destiny powstał jakieś dwa lata po oryginalnym filmie, nie byłbym aż tak pobłażliwy, ale teraz – 16 lat po fakcie – cieszę się, że znowu mogę oglądać świetnych azjatyckich aktorów w kolejnej historii z tego świata. I nawet jeżeli następna część miałaby utrzymać ten sam poziom, też nie będę wybrzydzał – filmów wuxia nigdy za wiele (nawet jeżeli robionych za amerykańskie pieniądze).

(2,5 x KLAPS! = prawie dobry film)

 

Źródło: materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

1 Response

  1. Cosiek pisze:

    Michelle Yeoh bardzo mi się podobała w filmie „Wyznania gejszy”. Super się babka trzyma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.