CZERWONY PAJĄK

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Polska/Czechy, 90 min.
Reż. Marcin Koszałka
Dystrybucja: Kino Świat

Marcina Koszałkę cenię jako autora zdjęć (Pręgi, Rewers), jeszcze bardziej jako dokumentalistę (Takiego pięknego syna urodziłam, Deklaracja nieśmiertelności), ale jego debiut jako reżysera fabuły to artystyczny thriller pozbawiony dreszczyku.

Scenariusz realizacyjny podpisany przez Koszałkę i Łukasza Maciejewskiego (Rodzina zastępcza, Dwie strony medalu) powstał na podstawie oryginalnego scenariusza Marty Szreder, zainspirowanego dwiema miejskimi legendami Krakowa. Jedna opowiada całkowicie fikcyjną historię o Lucjanie Staniaku zwanym Czerwonym Pająkiem, druga to autentyczny życiorys mordercy–nastolatka: Karola Kota, który jako „Wampir z Krakowa” stał się prawdziwą gwiazdą mediów pod koniec lat 60. Czerwony pająk opowiada na pytanie, jak mogłoby wyglądać spotkanie tych dwóch postaci w Krakowie zimą 1967 r.

W jednej z początkowych scen filmu dziewiętnastoletni bohater (Filip Pławiak) przychodzi z podtrutym psem do krakowskiego weterynarza (Adam Woronowicz), którego podejrzewa o bycie seryjnym mordercą. Zapytany, co się stało psu, odpowiada: „Ostatnio jest jakiś taki bez życia”. I to jedno zdanie świetnie opisuje film, który historię młodego mężczyzny zafascynowanego złem przedstawia nam w sposób tak pozbawiony emocji, że trudno przejąć się losem któregokolwiek z bohaterów, jak również ich ofiar. Koszałka próbuje pokazać nam, jak bardzo banalne potrafi być zło, ale w portretowaniu tego niełatwego tematu udaje mu się zrobić równie banalny film.

Rozumiem zamysł reżysera: kino aż za bardzo lubi manipulować emocjami widza i często bywa zbyt dosłowne w artykułowaniu tego, co autor ma na myśli, więc by nie godzić w inteligencję widzów, Koszałka pozostawia nas sam na sam z tajemniczymi postaciami i pozwala wysnuć własne wnioski na podstawie tego, co dzieje się na ekranie. Z tego też powodu bohaterowie Koszałki nie pomagają nam deklaratywnymi monologami, nie zdradzają powodów kierujących ich nie do końca zrozumiałymi wyborami – głównie chodzą, patrzą, zastanawiają się, a wszystko to na przesadnie długich ujęciach, które – choć wysmakowane estetycznie – na dłuższą metę tylko niepotrzebnie testują cierpliwość widza. W dzisiejszym kinie agresywnego montażu i kakofonii cisza na ekranie to skarb, ale tym środkiem wyrazu trzeba umieć grać – niestety Koszałka nie daje bliźniaczemu duetowi Pławiak-Woronowicz na tyle ciekawych postaci, by tę ciszę mogli wypełnić zajmującym aktorstwem (to już lepszy Woronowicz był na drugim planie w podobnie przereklamowanym Demonie). Filmowi nie pomaga również fakt, że Czerwony pająk praktycznie pozbawiony jest wyrazistej muzyki, która mogłaby choć trochę nasączyć tę ubogą historię jakąś emocją. Dzięki tym niefortunnym wyborom przez większość metrażu w grobowej ciszy śledzimy poczynania nieciekawych postaci, które na domiar złego porozumiewają się głównie półsłówkami.

W zasadzie jedyne, czym film potrafi zainteresować widza, to pieczołowicie opracowana scenografia i ciekawe zdjęcia. W odtworzenie realiów Krakowa lat 60. Łukasz Trzciński (Pakt) włożył naprawdę dużo pracy, a klimatyczny sposób, w jaki Koszałka obfotografował zimowe miasto, naprawdę intryguje. Szkoda tylko, że nie poświęcił podobnej uwagi scenariuszowi i grze aktorów – może wówczas Czerwony pająk byłby w stanie zainteresować widza czymś więcej niż tylko wysmakowanymi wizualnie obrazkami z realiów PRLu.

(3 x KLAPS! = przeciętny film)

 

Źródło: materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.