DEADPOOL

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

deadpool_clip_hd.0

USA/Kanada, 148 min.
Reż. Tim Miller
Dystrybucja: Imperial-CinePix

Deadpool to mokry sen Marka Millara, czyli przykład adaptacji komiksu, która chce naigrywać się z reprezentowanego przez siebie gatunku i jednocześnie być pełnoprawną wypowiedzią w tymże (patrz: seria Kick-Ass i Kingsman: Tajne służby). I choć nie do końca udaje się podołać temu karkołomnemu zadaniu, to nastoletni entuzjazm, z jakim Ryan Reynolds zatapia się w roli szurniętego najemnika, wynagradza wszystkie braki filmu debiutującego w pełnym metrażu Tima Millera.

Niepisaną zasadą filmów na podstawie komiksów jest to, że adaptacja jest tylko tak dobra jak rola aktora grającego nemesis głównego bohatera. Brytyjczyk Ed Skerin – agresywnie promowany na nowego Jasona Stathama (zastępował go w Transporterze: Nowej mocy) – robi tutaj przyzwoitą robotę jako czarny charakter Ajax, ale w zasadzie starać się nie musi, bo Deadpool to film, który bezczelnie wyłamuje się z ram kina superbohaterskiego, zamieniając typowego obrońcę ludzkości na antybohatera o osobowości tak kolorowej, że żaden złoczyńca nie jest w stanie go przyćmić.

BTW, pamiętacie, jak zespół marketingowy Deadpoola rzekomo dla beki wypuścił plakaty reklamujące ich film jako idealną propozycję na Walentynki? Okazuje się, że to był trolling podwójny, bo – ku zaskoczeniu wszystkich – to JEST film o miłości: w Deadpoolu mamy nic innego jak historię faceta, który chce wrócić do swojej ukochanej (znana z serialu Gotham Morena Baccarin), ale nim będzie mógł to zrobić, musi znaleźć sposób, by cofnąć efekty uboczne eksperymentu, który pozostawił go oszpeconym.  I  właśnie ten romantyczny wątek nie do końca łączy się w filmie Millera z obrazoburczą zgrywą, która jest esencją postaci Deadpoola, a serwowana jest już od napisów początkowych (których formuła zostaje tutaj malowniczo zrównana z ziemią); nie jest to dysonans per se, ale da się wyczuć, że scenariusz filmu powstawał co najmniej w lekkim pośpiechu.

Bo zakulisowa prawda jest taka, że warunkiem, by XXth Century Fox dało zielone światło na powstanie tego superbohaterskiego filmu dla dorosłych, było ukrócenie 65-milionwego budżetu o aż $7 mln, i to widać na ekranie – film pod względem fabularnym jest raczej ubogi i sprowadza się do genezy bohatera przemieszanej z wcześniej wspomnianym wątkiem miłosnym (scenarzyści Rhett Reese i Paul Wernick na 48h przed wejściem filmu do produkcji zostali zmuszeni do wyrzucenia 20 stron ze scenariusza). Efekt taki, że całość niekiedy sprawia wrażenie pilota serialu o tych członkach ekipy X-Men, którzy okazali się za mało ciekawi na duży ekran (pojawiających się tu Collosusa i Negasonic Teenage Warhead poznajemy nigdzie indziej jak w szkole profesora Xaviera). Co ciekawe, filmowcy nie pozostają dłużni studiu, wsadzając w usta Deadpoola niejeden komentarz na temat ograniczeń budżetowych i polityki licencjonowania bohaterów (co w zasadzie nie dziwi w filmie, w którym bohater potrafi nawet naśmiewać się z aktora, który go odtwarza).

I tu dochodzimy do sedna, bo wszystkie braki Deadpoola wynagradza sam Ryan Reynolds, który udowadnia tutaj, że urodził się, by zagrać tę postać. Kto pamięta go z czasów Vana Wildera (2002) czy świetnej roli w Kelnerach (2005), wie że mało kto potrafi być chamem w tak czarujący sposób jak ten wygadany Kandajczyk. To, co zostało tak żałośnie zaprzepaszczone w X-Men Geneza: Wolverine (2009), w Deadpoolu zostaje powetowane z nawiązką – strzelający ołowiem i sucharami Reynolds jako Deadpool to ekranowy dynamit, który zdążył rozsadzić internet jeszcze nim film trafił na ekrany, i w tym roku zawładnie wyobraźnią młodych ludzi jak mało który film otagowany logo Marvela. Bo Reynolds jako Deadpool idealnie uosabia kondycję świata w 2016 r. – to bohater, dla którego nic nie jest święte, a jego główną bronią przed absurdami świata jest głupawa rodem z memów podbita egzystencjalnym sarkazmem. No jak kogoś takiego nie kochać?

(2 x KLAPS! =  całkiem dobry film)

 

Źródło: IMDb, materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

2 komentarze

  1. Robert Cynkier pisze:

    Wielce szanowny kolego Klapsie 🙂 Już od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem odniesienia się do twojej recenzji. Jedynym, co mnie powstrzymywało, to fakt, iż chyba zakochałem się w Deadpoolu za bardzo, żeby być obiektywnym. Kocham komiksy z Deadpoolem, od kiedy po raz pierwszy je zobaczyłem. Chyba nie ma bohatera komiksowego, którego tak bym uwielbiał (no, może Lobo, ale to inna historia).
    Po ponownym obejrzeniu doszedłem do wniosku, że niestety jak zwykle w filmach Marvela, przeciwnik głównego bohatera – Ajax vel. Francis jest nudny, a Angel Dust jest po prostu nijaka (Gina Carano ma chyba większe udo niż ja!). Co więcej, ten film jest po prostu zrobiony po najmniejszych kosztach. Rozumiem, że inwestycja w film tego typu dla wytwórni jest ryzykowna, ale skoro był tak wielki outcry od fanów, to mogli troszkę bardziej sypnąć groszem.
    Natomiast, podobnie jak ty, uważam, że Ryan Reynolds został stworzony do grania Deadpoola. Jego unikatowy styl, który z czasem przyniesie mu efekt Deadpoola dało się zauważyć nawet w takiej szmirze jak Blade: Trinity (jeśli nie widziałeś, nie oglądaj! Serio! Oszczędź sobie tego!). Niestety, jeden Ryan wiosny nie czyni. Inni bohaterowie są, delikatnie mówiąc, średni – Morena Baccarin (śliczna buzia i tyle), Ed Skrein (piękny akcent i tyle), Gina Carano (wielkie udo i tyle). Tak naprawdę, tylko postacie „dla beki” takie jak Weasel (T.J. Miller) i Blind Al (Leslie Uggams) dotrzymują tempa Ryanowi.
    Jedyne co nam pozostaje, to czekać na Deadpoola 2 i liczyć na to, że tym razem wytwórnia nie zaleje filmu pieniędzmi do tego stopnia, że zabiją ducha filmu. No cóż, pożyjemy – zobaczymy!
    Pozdrawiam serdecznie!

    • Igor Szokalski pisze:

      Wszystko prawda. Cały film wisi na Reynoldsie – gdyby nie on i jego charyzma, to tutaj nie byłoby żadnego punktu zaczepienia. Fabuła jest tak pretekstowa, że gdyby nie sarkazm, który wszystko tu spaja, to nie dałoby się tego oglądać 🙂

Pozostaw odpowiedź Robert Cynkier Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.