DEMON

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page
16208c45ffe95f8812e47d02a682434d

Polska/Izrael, 94 min.
Reż. Marcin Wrona
Dystrybucja: Kino Świat

W naszej kulturze o zmarłych źle się nie mówi. Co więcej, ten specyficznie rozumiany szacunek rozciąga się również na dorobek danej osoby – przynajmniej przez okres żałoby. Demon Marcina Wrony wchodzi do kin w niewygodnej atmosferze związanej z tragiczną śmiercią reżysera. Biada każdemu recenzentowi, który odważy się o filmie powiedzieć złe słowo.

A, niestety, jest o czym mówić. Zacznijmy od samego tytułu. Film reklamowany jako Demon z natury rzeczy przywoływać będzie diabelskie skojarzenia, sugerując historię jeżeli nie o widowiskowym opętaniu przez złe moce, to przynajmniej, metaforycznie, jakiś portret wybitnie parszywego indywiduum, tzw. zła wcielonego. W filmie Wrony faktycznie dochodzi do wcielenia się ducha zmarłej osoby w ciało jak najbardziej żywego pana młodego (Izraelczyk Itay Tiran, łudząco podobny do reżysera), ale z demonicznym opętaniem  nie ma to nic wspólnego – ekranowy duch żydowskiej dziewczynki, który nawiedza weselników, nie ma złych zamiarów, i ogólnie w świecie filmu jest równie zagubiony, jak my podczas seansu ostatniego filmu Wrony.

Bo Demon to film, który cierpi na syndrom ciągłego niezdecydowania. Rozpoczyna się budowaniem atmosfery zagrożenia rodem z tanich horrorów i ten trop ciągnie przez dobre 40 min. obrazu. Ale im dalej w film, tym to dosyć schematyczne straszenie zza węgła zostaje wytracane na rzecz nawet niegłupiej obserwacji na temat polskich przywar – zgodnie z chlubną tradycją polskiego kina z weselem w tle. I w tym Wrona okazuje się najmocniejszy – wsparty dobrymi kreacjami Andrzeja Grabowskiego (ojciec-choleryk panny młodej) i Adama Woronowicza (powiatowy lekarz-alkoholik) – co naprawdę zasługuje na szacunek, biorąc pod uwagę poziom naszego kina weselnego, od Wajdy po Smarzowskiego. Jednak i ten farsowy sznyt z czasem w filmie ustępuje miejsca całkiem innemu tonowi: dosyć naiwnej refleksji na temat czasów, gdy Polacy i mniejszość żydowska potrafili żyć w zgodzie. Nie wiem, na ile ten scenariuszowy galimatias powodowany jest wymogami koprodukcyjnymi (film jest produkcją polsko-izraelską), ale efekt jest taki, że zaczynamy od horroru o duchach, a kończymy wspomnieniem o wielonarodowej wsi sielskiej, wsi anielskiej.

Nawet jeżeli ten rozjazd estetyk był zamierzony, ogląda się to nie tyle z lekką irytacją, co z narastającym poczuciem zobojętnienia. Temu wytracaniu tempa nie pomagają kiksy w postaci scen, w których główny bohater  komicznie przemawia głosem zmarłej dziewczynki, czy też zwykłe błędy techniczne, gdy raz zmoczeni deszczem aktorzy w następnej scenie pokazują się całkiem susi. Zdjęcia stałego współpracownika Wrony, Pawła Flisa, są naprawdę ciekawe, ale takie błędy realizacyjne tylko przeszkadzają brać na poważnie świat przedstawiony w filmie.

Skoro już mowa o tzw. zawieszeniu niewiary – ja osobiście problem z zanurzeniem się w rzeczywistość Demona miałem ze względu na dosyć obcesowe przerysowanie leżące u podstaw jego świata. Wrona przez całą swoją karierę mentalnie pozostawał więźniem dosyć specyficznej wizji Polski: zarówno Moja krew (2009), jak i Chrzest (2010) karmiły się stereotypami o Polakach witających się kieliszkiem wódki, dla których relacja z kobietą jest tylko dodatkiem do głównego spoiwa patriarchalnej Polski, jakim jest męska przyjaźń. Demon powiela ten mało dzisiejszy schemat: wóda leje się strumieniami, kamraci kochają się tak, że niemalże spółkują, a kobiety cieszą się, jak ktoś je w końcu dopuści do głosu. Wszystko to każe zastanawiać się, w jakim świecie żyli twórcy przez ostatnich kilka lat, bo tak prymitywna wizja Polski ostatni raz była aktualna, gdy Władysław Pasikowski wprowadzał na ekrany drugie Psy.

Przekłamanie, przerysowanie, niezdecydowanie i ogólnie towar niezgodny z nazwą. Po trzech pełnometrażowych filmach kinowych Marcina Wrony, to autobiograficzna krótkometrażówka Człowiek magnes (2001) pozostaje jego najlepszym filmem (do zobaczenia tutaj). Ja reżysera zapamiętam jako autora tego energetycznego debiutu, a o jego ostatnim filmie zapomnę podobnie szybko, jak o opętanym panu młodym w filmie zapomnieli zapijaczeni weselnicy.

(3 x KLAPS! = przeciętny film)

 

Źródło: materiały dystrybutora, YouTube
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.