DISCO POLO

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Polska, 107 min.
Reż. Maciej Bochniak
Dystrybucja: Next Film

Na Disco Polo szedłem, spodziewając się filmu, który będzie wycieczką do skansenu przaśnych lat 90., podaną w rynkowo bezpiecznym formacie tefauenowskiej komedii. Oczekiwałem głupawego potworka, który z wielkomiejskiej perspektywy będzie naśmiewał się z Polski klasy B pląsającej w takt chodnikowych szlagierów. Disco Polo Macieja Bochniaka nie jest takim filmem.

Myślałem sobie, że jeżeli twórcy rzeczywiście będą chcieli oprzeć swój film na różnicach między wsią i miastem, i będą przy tym mieli jaja, to może wyjdzie z tego coś na wzór nieśmiertelnego dyptyku Kogel mogel Romana Załuskiego. Okazało się, że Bochniak i Mateusz Kościukiewicz (młody aktor jest współautorem scenariusza) nie są aż tak leniwi, a w ich pomyśle na przedstawienie fenomenu disco polo nie ma miejsca na protekcjonalne spojrzenie miejskiego inteligenta.

W sumie trudno się dziwić: to właśnie Bochniak w 2010 r. jeździł po Chinach z zespołem Bayer Full, kręcąc dokument Miliard szczęśliwych ludzi, w którym próbował zrozumieć, co leży u podstaw sukcesu grupy. Z takim zapleczem i empatią młody reżyser do zrobienia fabuły o muzyce chodnikowej nadawał się nawet lepiej niż w latach 90. Robert Gliński, kiedy składał Kochaj i rób co chcesz (1997) – pierwszą fabularną próbę przedstawienia fenemenu disco polo na dużym ekranie. I choć filmy Glińskiego i Bochniaka łączy niemalże ten sam pomysł na fabułę (wiejski chłopak rozpoczyna karierę muzyka disco polo, by wyrwać się z zaścianka), to obrazy te nie mogłyby się bardziej od siebie różnić.

Podczas gdy Gliński w ukazywaniu środowiska muzyków disco polo korzystał z typowej formuły komedii obyczajowej lat 90., Bochniak poszedł w umowność postmodernistycznej baśni, czym zaskoczył i widzów, i krytyków, którzy oczekiwali filmu równie mało wyszukanego, jak muzyka, którą jest inspirowany. Bo w Disco polo nie odnajdziemy z pietyzmem odwzorowanych realiów lat 90. czy odtworzonego 1:1 społeczno-gospodarczego krajobrazu początków polskiego kapitalizmu; jeżeli już, to zobaczymy swawolną impresję na temat tych elementów, przefiltrowaną przez wrażliwość twórcy, który nie boi się połączyć estetyki westernu z muzyką Bad Boys Blue (swoją drogą ta scena, to jedne z najbardziej kozackich napisów początkowych, jakie widziałem w ostatnich latach w polskim kinie). Western ogólnie jest kluczem do Disco Polo, bo to właśnie tę konwencję Bochniak wybrał do ukazania drogi do sukcesu głównego bohatera (Dawid Ogrodnik) w dzikim kapitaliźmie lat 90. Mało to oryginalna paralela, ale na potrzeby tego umiarkowanie dzikiego filmu akurat się sprawdza.

Problem z Disco Polo polega na tym, że przy całej tej formalnej ekstrawagancji, łączeniu epizodów gwiazd chodnikowego gatunku z cytatami z Funny Games Michaela Haneke, i ogólnie klimacie jak z kina Terry’ego Gilliama, film nie opowiada na tyle interesującej historii, by nas jakoś specjalnie zaangażować. Przez pierwszą połowę seansu Bochniak ma naszą uwagę dzięki formalnej odwadze twórców (napawdę, takiego filmu nikt się nie spodziewał), ale gdy efekt zaskoczenia mija, pozostawieni jesteśmy z historią typu „od zera do bohatera”, połączoną z ogranym do bólu motywem zdobywania przez bohatera dziewczyny gangstera. Plus jest taki, że zarówno gangster (Tomasz Kot), jak i dziewczyna (Joanna Kulig) w swoich papierowych rolach odnajdują się świetnie, podobnie jak prawa ręka bohatera (kolejna dobra komediowa rola Piotra Głowackiego), co pozwala bezboleśnie wytrwać do końca tego filmowo-muzycznego eksperymentu (bo obraz wysadzany jest – a jakże – diamentami gatunku). Jednak, gdy wychodzimy z kina i mijamy plakat filmu, na którym jak byk stoi DISCO POLO, nie sposób nie zadać sobie pytania, dla kogo ten film w zasadzie ma być. Bo dla fanów niewymagającej muzyki chyba jednak zbyt wymagający, a dla amatorów dobrego kina zbyt ubogi pod względem samej historii. Ale co ja tam będę się wymądrzał – frekwencja pokaże, czy w kontekście tego filmu wszyscy Polacy to rzeczywiście jedna rodzina.


(2,5 x KLAPS! = prawie dobry film)

Źródła: materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

4 komentarze

  1. villainess pisze:

    Fajna recenzja, ale raczej się nie wybiorę. Po prostu nie lubię polskich komedii. Nie śmieszą mnie:/ Już bardziej mnie bawi humor z odległej Nowej Zelandii (w weekend uśmiałam się nieziemsko na „Co robimy w ukryciu”).

  2. Ew pisze:

    Swojego czasu bardzo lubiłam „kochaj i rób co chcesz” teraz trudno mi się odnieść, bo nie widziałam go dawno, ale jest to jak na polskie kino dobry film robił wrażenie.. Na „Disco polo” bardzo czekałam, chociażby ze względu na aktorów, ale po poczytaniu trochę o tym filmie, i zastanowieniu się, nie jestem tego pewna czy na niego pójdę. Podoba mi się Twój tekst. Pozdrawiam 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.