DOKTOR STRANGE

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

landscape-1469371803-doctor-strange

(Doctor Strange)
USA, 115 min.
Reż. Scott Derrickson
Dystrybucja: Disney

Jedna z najważniejszych postaci uniwersum Marvela w końcu doczekała się własnego filmu. Szkoda tylko, że zamiast opowieści godnej ponad pięćdziesięciu lat komiksowej hisotrii tego bohatera, studio po raz kolejny daje nam wymuszony bryk z postaci, próbujący wyjaśniać jej obecność w większej historii, którą Marvel już pisze dla swoich bohaterów.

Mało mam ostatnio czasu, ale w końcu udało mi się nadrobić Doktora Strange. I mam problem, bo zapłaciłem za dwie godziny filmu kinowego, a dostałem coś, co w zasadzie jest jedynie pilotem wysokobudżetowego serialu o tej postaci. Pal sześć wizualne podkradanie z Batman Begins i Incepcji, pomińmy totalne zmarnowanie Madsa Mikkelsena w roli czarnego charakteru, ale faktu, że te dwie godziny opowiadają czterdziestopięciominutową historię wybaczyć nie mogę. Gdyby nie obecność jak zwykle świetnie grającego Benedicta Cumberbatcha tę genezę postaci w reż. Scotta Derricksona (Sinister 1 i 2) oglądałoby się z podobnym uczuciem niedosytu jak ostatnią Fantastyczną Czwórkę (która w podobny sposób błędnie tworzona była nie z myślą o tu i teraz, ale o kolejnych częściach – jak to się skończyło, wszyscy wiemy). Srsly, patrząc na to jak w Doktorze Strange ledwie zaznaczone zostały np. postaci maga Chiwetela Ejiofora i pielęgniarki Rachel McAdams, można odnieść wrażenie, że ten film powstał głównie po to, żeby odbębnić wprowadzenie do Marvel Cinematic Universe postaci z otoczenia Stephena Strange’a i przy okazji wyjaśnić, gdzie znajduje się jeden z brakujących Infinity Stones (które MCU musi na ekranie zgromadzić do czasu premiery Avengers: Infinty War w 2018 r.). Postaci te pewnie powrócą w kolejnych filmach Marvela, ale tak brutalnie urwane wątki – razem z wątłymi przeciwnikami głównych bohaterów – to najgorsza cecha scenariuszy filmów Marvel Studios, nie pozwalająca traktować ich poważnie jako filmów pełną gębą (najgorszy przykład: pojawiająca się na dosłownie 3 min. postać Ulyssesa Klawa w Avengers: Czas Ultrona).

Plusy dla twórców za uwzględnienie w filmie wielu nawiązań do twórczości ojca Doktora, Steve’a Ditko, i za elementy komediowe (kilka dobrych sucharów o nieprzystawalności magii do dzisiejszych czasów), ale jeżeli chcecie poznać naprawdę ciekawą genezę postaci, to te niemałe pieniądze na bilet do kina raczej wydajcie na Doctor Strange: Przysięga Briana K. Vaughana – film Derricksona wiele scen i pomysłów inscenizacyjnych bierze właśnie z tego komiksu, więc będą to nawet lepiej wydane pieniądze niż łożenie na kinowy serial Marvela, który – nie okłamujmy się – scenariuszowo oraz pod względem ogólnej satysfakcji coraz bardziej ustępuje temu, co studio daje fanom komiksu na Netfliksie, oferując ponad dziesięciogodzinne sezony za 40 zł miesięcznie.

(2,5 x KLAPS! = prawie dobry film)
Źródła: materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.