DUNKIERKA

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

dunkirk-01

USA/Wlk. Brytania, 106 min.
Reż. Christopher Nolan
Dystrybucja: Warner Bros.

Kiedy jeden z niewielu współczesnych reżyserów, któremu udało się idealnie pożenić kino ambitne z rozrywkowym, robi swój pierwszy film wojenny, należy spodziewać się czegoś niezwykłego.

Albo nie należy – w zależności od tego, jak zapatrujecie się na twórczość Christophera Nolana. Ja sam cenię go za wczesne produkcje od Following (1998) do Incpecji (2010) włącznie; wszystkie fabuły, które Nolan nakręcił później są dla mnie świetnym przykładem na to, jak zbyt duże zaufanie producentów i brak kontroli studia tylko niepotrzebnie podsycają megalomanię ambitnego twórcy, tak naprawdę robiąc krzywdę jego filmom.

Nolan zawsze był trochę ę-ą, a jego filmy podszyte były arystokratyczną rezerwą, która niekiedy sprawiała wrażenie, jakby kręcone były nie przez humanistę, ale przez brytyjskiego zegarmistrza, dla którego od ludzi ciekawsze są mechanizmy wiktoriańskich zegarków. W Dunkierce jest podobnie, a nawet nieco gorzej, bo waga podejmowanego tematu (prawdziwa historia ewakuacji brytyjskich żołnierzy otoczonych przez Niemców na francuskich plażach) zachęca twórcę z jednej strony do patrzenia z góry na koszmar wojny, a z drugiej do uderzania w jeszcze bardziej podniosłe tony, kiedy próbuje podkreślić bohaterstwo swoich rodaków.

Cechą stylu Nolana zawsze była zabawa chronologią wydarzeń, i tutaj także mamy fabułę rozczłonkowaną tak, by historia wydawała się ciekawsza niż jest w rzeczywistości. Pozostaje pytanie, czy takie podzielenie historii na wzajemnie doganiające się trzy plany czasowe czemuś rzeczywiście służy; oprócz, oczywiście, synchronizacji z muzyką Hansa Zimmera, który dla Nolana tworzy ilustracje już od czasu Batman Begins (2005), wszystkie z napięciem budowanym dźwiękami przypominającymi tykanie zegara, ale tutaj przechodzi samego siebie – w sensie pozytywnym. Można wręcz powiedzieć, że muzyka w Dunkierce jest ważniejsza niż sami bohaterowie, bo przytłacza zmęczonych, małomównych i w zasadzie bezosobowych żołnierzy feerią dźwięków, które mienią się wszystkimi emocjami od strachu po nadzieję. Zimmer swoją muzyką zawsze dodawał pięć groszy do filmów Nolana, ale to jest pierwszy przypadek, kiedy jego wkład jest tak przytłaczający w stosunku do innych składników obrazu, że film staje się bardziej jego, niż samego reżysera.

Oglądając Dunkierkę, widać, że Nolan bardzo chciał zrobić film wojenny inny niż wszystkie. Zabawa chronologią, praktycznie niemi bohaterowie, decyzja, by wróg pozostawał bezosobowy (w filmie nie zobaczymy ani jednego Niemca) – to wszystko jest rzeczywiście ciekawe, jednak koniec filmu jasno pokazuje, że nawet twórcy pokroju Nolana trudno uciec od największego grzechu konwencji – wojennego patosu wylewającego się z ekranu. Pompa, z jaką wygrane jest ostatnie 10 min. filmu, podsycona organami Zimmera, jest tak dosłowna, że aż wręcz niesmaczna. Boleśnie skontrastowana z analitycznym chłodem reszty filmu, ociera się wręcz o propagandowe produkcje Leni Riefenstahl z przedednia II wojny światowej; a czego jak czego, ale skojarzeń z kinem naziolskim na filmie Nolana to ja się nie spodziewałem.

Clapper-boardSMALL-GREYClapper-boardSMALL-GREY

(3 x KLAPS! = przeciętny film)

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.