DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI: ODRODZENIE

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Jeff-Goldblum-and-Liam-Hemsworth-in-Independence-Day-Resurgence

(Independence Day: Resurgence)
USA, 120 min.
Reż. Roland Emmerich
Dystrybucja: Imperial – Cinepix

Roland Emmerich w 1996 r. zrewolucjonizował współczesny blockbuster, ale 20 lat później za bardzo nie wie, co więcej można zrobić z formułą wystawnej wakacyjnej rozrywki.

Emmerich to bardzo ciekawy przypadek. Niemiecki reżyser fantastyki, który dostał szansę w Hollywood, zrobił kilka pomniejszych filmów SF (Księżyc 44, Uniwersalny żołnierz), następnie odniósł ogromny sukces, serwując Amerykanom w Dniu niepodległości (1996) wystawną mieszankę patriotyzmu i zniszczenia, po czym dał się zamknąć w szufladce z napisem „kino katastroficzne”. Jasne, od czasu, kiedy 20 lat temu Emmerich zrewolucjonizował hollywoodzki blockbuster, pokazując destkrucję na wcześniej niespotykaną skalę, reżyser próbował kręcić filmy o tematyce innej niż spektakularne niszczenie zabytków ludzkości (Patriota, Anonimus, Stonewall), ale ani widzowie, ani krytycy nie wykazywali większego zainteresowania jego ambicjami. Emmerich wracał więc nieraz do formuły katastroficznego SF (Godzilla, Pojutrze, 2012), z każdym kolejnym filmem kopiąc sobie niejako zawodowy grób. No, bo ile razy można na ekranie równać z ziemią słynne stolice, zanim całkiem przestanie robić to na nas wrażenie?

Tegoroczna próba reaktywacji Dnia niepodległości po dwudziestu (!) latach od premiery filmu pokazuje, że Hollywood nie ma podobnych obaw. Pal licho, że prawie nikt nie pamięta bohaterów z pierwszej części; co tam, że jedyny kasowy dzisiaj aktor tamtego filmu (Will Smith) nie chciał zagrać w kontynuacji – mimo wszystko dajmy sobie $165 mln budżetu, zepchnijmy bohaterów pierwszej części na drugi plan, zatrudnijmy jakieś młode gwiazdy z tych kasowych adpatacji literatury YA typu Igrzyska śmierci, a ludzie pewnie znów tłumami stawią się w kinach! Disney z Przebudzeniem Mocy zrobił przecież to samo i wszyscy byli zadowoleni, prawda?

Tak, tylko Disney reanimował uniwersum i postaci o tak mocnym zakorzenieniu w popkulturze, że w zasadzie nikomu nie trzeba było ich przypominać. Dzień niepodległości z 1996 r. dziś mało kto pamięta, a jeżeli już ktoś, to ci, którzy obecnie mają na karku przynajmniej jakąś trzydziechę. Sprawa wydawała się więc prosta: targetem filmu powinna być jego oryginalna publiczność, na której sentymencie tym filmem będzie można ładnie zagrać. Niestety, Hollywood pełne jest mądrych analityków i marketingowców, dlatego w Dniu niepodległości: Odrodzeniu zamiast produktu dla konkrtnej publiczności, dostajemy film, który nie może się zdecydować, do kogo jest kierowany. Bo z jednej strony mamy byłego prezydenta Whimore’a (Bill Pullman), sprowadzonego tutaj do roli oszołoma-profety (podobnie jak Randy Quaid w pierwszej części), z drugiej mamy jego latorośl, która zrezygnowała z kariery w lotnictwie, by zajmować się chorym ojcem (znana z Coś za mną chodzi młodziutka gwiazda horrorów, Maika Monroe). Z kolei zamiast postaci granej przez Willa Smitha mamy jego syna (Jessie T. Usher), który z krnąbrnego berbecia, który w pierwszej części plątał się między nogami matki (Vivica A. Fox w nowym filmie pojawia się tylko na minutę), wyrósł na asa przestworzy, który charyzmą stara się dorównać legendzie swojego ojca (spoiler alert: no nie za bardzo mu się to udaje). Oboje młodzieniaszków w taki lub inny sposób związani są z postacią młodego pilota graną przez Liama Hemswortha, a która nominalnie jest głównym bohaterem filmu – sympatycznym, ale z poziomem charyzmy zbyt niskim, by równoważyć globalny kataklizm, którym Emmerich epatuje z ekranu. W zasdzie jedynymi bohaterami starego filmu, którzy zostają potraktowani z należytym szacunkiem, są naukowiec grany przez Jeffa Goldbluma i jego ojciec (Judd Hirsch) – duet, który świetnie prowadził widza przez wydarzenia pierwszej części, tutaj rozdzielony przez kolejny atak Obcych i próbujący odnaleźć się w apokaliptycznym krajobrazie. I tylko tych dwóch aktorów gra adekwatnie do tonu tej odsłony serii – stricte rozrywkowego, bez jakiejś specjalnej logiki wydarzeń i głębszej refleksji na temat skali tragedii, jaka spotyka miliony ludzi (pierwsza część przynajmniej starała się tę grozę sytuacji jakoś sygnalizować); reszta aktorów, całkiem logicznie sądzi, że gra w tonalnej kontynuacji filmu z 1996 r., co tworzy niemały dysonans w filmie, który wszysko stara się bagatelizować.

Ja tak psioczę tutaj o tym Odrodzeniu, ale prawda jest taka, że jako odgrzewane kotlety jest to obraz dużo bardziej samoświadomy i mniej wyrachowany niż chociażby wcześniej wspomniane Przebudzenie mocy (które tylko ślepo emuluje wzorzec, na którym jest oparte, nie za bardzo coś dodając od siebie). Emmerich podobnie stosuje tę mało wyszukaną metodę „to samo, tylko więcej i bardziej nowocześnie” (tym razem statek Obcych jest wielkości Oceanu Atlantyckiego), ale ma też kilka pomysłów, które ciekawie rozwijają świat Dnia niepodległości: zaadaptowanie technologii Obcych i soludarność między narodami jako konsekwencja zażegnanego ataku z 1996 r.; ciekawy motyw afrykańskiego plemienia, które nauczyło się języka Obcych po tym, jak na ich ziemiach wylądował jeden z pojazdów pierwszej inwazji; przepastne, funkcjonalne przestrzenie głównego statku kosmitów, który jest tak wielki, że posiada własną grawitację. Widać, że Emmerich miał tu ciekawy materiał na rozbudowany świat godny przynajmniej kilkugodzinnej serii HBO, ale dał się przekonać, żeby zasygnalizowane pomysły sprowadzić do niczego więcej niż tła dla kilku scen, a całość skrócić do formatu dwugodzinnej apokaliptycznej tandety, której niskie standardy w XXI r. wypracował serią Transformers jego największy epigon, Michael Bay. I dlatego też zamiast kontynuacji, która trzyma poziom pierwszego filmu, oglądamy blockbuster SF, w którym statek rozmiaru oceanu upada na Ziemię, i nie ma to żadnego wpływu ani na ciężkość palnety, ani na jej oś ruchu wokół Słońca.

W Odrodzeniu jest za mało fajnej rozrywki, żeby  oglądać to jako „stupid fun”, a za dużo głupot i bagatelizowania, żeby traktować to poważnie jako katastroficzne SF. W erze Michaela Baya i filmów Marvela, kiedy w co drugim filmie wielka kupa spektakularnie spada na jakąś metropolię, potrzeba czegoś więcej, żeby zrobić wrażenie na wakacyjnym kinomanie. Trudno się dziwić, że nowy Dzień niepodległości frekwencyjnie przegrywa z Gdzie jest Dory – po dwóch dekadach epatowania armageddonem komputerowa apokalipsa na nikim nie robi już wrażenia.

 

(2,5 x KLAPS! = prawie dobry film)

 

Źródło: materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.