GRAWITACJA

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page


Stany Zjed., Wlk. Brytania, 2013, 97 min.
Produkcja: David Heyman i Alfonso Cuarón
Reżyseria: Alfonso Cuarón
Scenariusz: Alfonso i Jonas Cuarón
Zdjęcia: Emmanuel Lubezki
Montaż: Mark Sanger
Muzyka: Steven Price
Scenografia: Andy Nicholson
Kostiumy: Jany Temime
Obsada: Sandra Bullock, George Cloonez, Ed Harris i inni
Dystrybucja: Warner Bros. Entertainment Polska

FADE IN: Jeżeli śledzicie stronę KLAPS!a na FB, to wiecie, że Grawitacji czekałem jak kilkuletnie dziecko Gwiazdki – świadczą o tym ochy i achy przy każdym postowanym tamże nowym fragmencie, który pojawiał się w sieci przed premierą nowego obrazu Alfonso Cuaróna. Takie podbijanie sobie oczekiwań nie jest najmądrzejszą rzeczą, jaką kinoman może zrobić, bo rzadko zdarza się, by film wyczekiwany w tak przesadny sposób spełnił później pokładane w nim nadzieje. I tu Grawitacja zaskakuje, bo jako jeden z niewielu filmów potrafi oczekiwania spełnić i zawieść jednocześnie.

Wszystko dlatego, że nowy film reżysera Ludzkich dzieci na poziomie formy i treści próbuje nie tyle nas usatysfakcjonować, co wręcz oniemić – dając nową jakość doświadczania filmu w kinie. Na jednym z tych dwóch poziomów udaje mu się to tak, jak dawno nikomu się nie udało; na drugim – no cóż…

Zacznijmy od tego, co wszyscy już wiedzą. Grawitacja to kino totalne – bezbłędne połączenie świetnych zdjęć, stereoskopii, scenografii, muzyki i montażu, które w kinie pozwala widzowi w końcu poczuć się, jakby doświadczał czegoś nowego (albo przynajmniej tego rodzaju ciar, jakie za dzieciaka przebiegały po jego ciele, kiedy w fotelu kinowym zasiadał po raz pierwszy). Sensoryczny atak, jaki Cuarón przeprowadza na widownię, stawia nas w sytuacji tak podstawowej, jeżeli chodzi o relację obraz-widz, że wszelkie porównania do reakcji na pierwsze filmy braci Lumiere są jak najbardziej na miejscu – wtedy ludzie obawiali się, że pociąg z ekranu wyjedzie wprost na widownię, dziś my kurczowo trzymamy się kinowego fotela, próbując znaleźć punkt zaczepienia razem z lewitującymi w przestrzeni astronautami Cuaróna. Jeżeli w 2013 r. pewni jesteście rychłego końca kina na rzecz domowych kapci i VOD, obejrzyjcie sobie Grawitację w IMAXie i szybko zmienicie zdanie.

Dla oglądania właśnie takich scen powstało kino.
Tyle forma. Druga, mniej szczęśliwie poukładana warstwa filmu, to jego tzw. przekaz intelektualny. Cuarón to twórca ambitny i nie mógł tak po prostu nakręcić czegoś, co byłoby wyłącznie wyżerą dla zmysłów (nawet jeżeli tak wypaśną). Pisząc scenariusz wespół z synem, kiedyś tam zadecydował, że jego widowisko 3D musi mieć co najmniej tak absorbujące drugie dno jak podobny trójwymiarowy fenomen SF sprzed kilku lat – Avatar (Grawitacja często porównywana jest do filmu Camerona, i rzeczywiscie oba obrazy wiele łączy – chociażby pieczołowitość wykonania sztucznego środowiska, w którym poruszają się aktorzy). I tak jak w Avatarze świetną rozrywkę nasączono przekazem o poszanowaniu naturalnego środowiska naszej planety, Grawitacja przestrzega nas przed zbytnim zawierzeniem nowym technologiom. (W pewien sposób oba filmy propagują pokorę, za co mają u mnie plusa, bo o bardziej niemodny przekaz w dzisiejszych czasach chyba nie można się pokusić). Film otwiera plansza, z której dowiadujemy się, że życie w przestrzeni kosmicznej nie jest możliwe. Wszystko, co następuje potem, jest potwierdzeniem tego, że człowiek, zuchwale próbując dotrzeć do gwiazd, sam prosi się o problem.
 
Gdy obedrzeć Grawitację z wątku morderczego wyścigu z czasem, jaki prowadzi dr Ryan Stone (Sandra Bullock), by uratować się przed deszczem odłamków ze zniszczonego satelity, pozostanie nam niedokończony film o poszukiwaniu duchowości przez osobę, która zamknęła się na świat i głębsze emocje. W Grawitacji naukowiec grana przez Bullock postawiona zostaje w sytuacji ekstremalnej i właśnie dzięki temu krańcowemu doświadczeniu na nowo budzi się do życia. Szkopuł w tym, że feeria audio-wizualnych atrakcji, jaką serwuje nam Cuarón, konsekwentnie przytłacza ten wątek, a on sam pojawia się zbyt późno, by zostać dobrze wygranym przed finałem, który w zasadzie dotyczy już tylko tematu ponownych narodzin. Swoją drogą jest to bardzo ciekawy paradoks: jeden z najbardziej wyszukanych technologicznie produktów kina 2013 r. okazuje się głęboko religijnym filmem o duchowym oświeceniu.

 

To drugie dno, choć samo w sobie ciekawe, podane jest jednak w sposób, który niekoniecznie przystaje do formuły Grawitacji, która mniej przypomina egzystencjalne SF w rodzaju filmów Tarkowskiego, a bardziej Speed de Bonta (nie tylko przez obecność rozemocjonowanej Sandry Bullock) czy wspomnianego wcześniej AvataraProblem w tym, że taki James Cameron nigdy subtelnością nie grzeszył i gdy w Avatarze żałosne zaśpiewy na ścieżce dźwiękowej sugerują nam podnisołość danej sceny, jesteśmy w stanie to zaakceptować (bo wiemy, że jest to film, który ma być czytelny dla całych rodzin – podobnie jak Titanic); gdy to samo dzieje się w finale Grawitacji – filmu upatrywanego na intelektualnego spadkobiercę 2001: Odysei kosmicznej Kubricka – klasa, którą do tej pory prezentował film Cuaróna, przestaje być tak wysoka. Nie pomaga temu również mało subtelna symbolika, którą reżyser przetyka akcję, by podkreślić duchową podróż bohaterki: w każdej stacji, którą Stone odwiedza w poszukiwaniu ratunku, znajdzie się jakiś święty obrazek, a w przypadkowej radiowej rozmowie z pijanym myśliwym z Grenlandii będzie ubolewać, że nikt nie nauczył jej, jak powinno się modlić.
OK, we get it! Dr Ryan Stone (Bullock) w pozycji embrionalnej próbuje odnaleźć wewnętrzny spokój.
Gdyby nie ta lekko przyciężkawa ręka w serwowaniu nam wątku odrodzenia, byłby film wybitny. Ale i tak – z akcją wbijającą w fotel i mistrzowskim zastosowaniem możliwości audio-wizulanych współczesnego kina – Grawitacja jest jednym z niewielu filmów w 2013 r., które przeżywa się całym sobą. Swoim widowiskiem 3D Cuarón przywraca wiarę w kino jako miejsce, które potrafi oczarować. A to już bardzo dużo.

 

(1,5 x KLAPS! = bardzo dobry film)

 

FADE OUT: Propsy za pomysł zatrudnienia Eda Harrisa w roli głosu koordynatora misji, który z bazy w Houston nadzoruje działania bohaterów w pierwszym akcie filmu. Mało osób to zauważyło, ale pewnie każdy, kto kiedyś chociażby kątem oka widział Apollo 13 (gdzie Harris grał tę samą rolę), podczas seansu Grawitacji podświadomie zbudował sobie ciągłość z obrazem Rona Howarda z 1995 r. I bardzo dobrze, bo nie ma dwóch fabuł, które w bardziej emocjonujący sposób przedstawiałyby realia pracy ludzi z NASA.

 

Źródła: materiały dystrybutora, Film School Rejects, YouTube

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

2 komentarze

  1. Anonymous pisze:

    nic o Clooneyu?

    • KLAPS! pisze:

      Clooney ma dosyć pretekstową rolę (jest w zasadzie po to, żeby Bullock mogła zabłysnąć), ale jak najbardziej się sprawdza. problem z jego rolą jest taki, że trudno o niej mówić be spojlerowania – stąd pominięcie tej kwestii w tekście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.