HARDCORE HENRY

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

hardcore-henry-01

Rosja/USA, 90 min.
Reż. Ilya Naishuller
Dystrybucja: Monolith Films

W 2013 r. Rosjanin Ilya Naishuller nakręcił teledysk do utworu Bad Motherfuker grupy Biting Elbows, w którym pokazał światu, jak oniemiający efekt można osiągnąć, przenosząc do świata filmu pierwszoosbową stylistykę znaną z gier FPS. 33 miliony odsłon na YT później Naishuller powraca z kinową wersją swojego pomysłu, a my boleśnie przekonujemy się, że to, co świetnie działa jako pięciominutowe internetowe wideo, niekoniecznie sprawdza się jako pełnometrażowy film kinowy.

W Hardcore Henry fabuły w zasadzie brak, ale spróbujmy ją opisać mimo wszystko. Tytułowy Henryk budzi się bez wiedzy, kim jest, ani w jaki sposób stracił rękę i nogę. Wygląda na to, że również nie może mówić. Ale w sumie nie jest źle: w końcu leży w jakimś super-futurystyczny labolatorium, a zajmująca się nim pani naukowiec (Haley Bennett), nie dość, że twierdzi, że kocha go miłością żony, to instaluje mu cybernetyczne kończyny, które w zasadzie sprawdzają się lepiej od tych organicznych. Szkoda tylko, że nagle znikąd pojawia się jakiś rosyjski czarny charakter o telekinetycznych mocach (Danila Kozlovsky) i tę żonę mu porywa. Ale nie ma tego złego, bo z pomocą naszemu bohaterowi przychodzi wszechwiedzący Jimmy (Sharlto Copley), który dokładnie wie, co Henry powinien zrobić, żeby uratować wybrankę serca z rąk rosyjskiego złoczyńcy.

Czyli fabuła mniej więcej tak wyszukana jak intryga w grze Duke Nukem 3D, ale nie o to tu chodzi (choć z tym klasykiem FPS film Naishullera na pewno łączy także specyficzne poczucie humoru). Hardcore Henry to film przeznaczony dla tych, którzy w kinie szukają rozpierduchy w starym dobrym stylu, z ciekawie zainscenowanymi scenami walk i taką też kaskaderką. I tu Hardcore Henry rzeczywiście dostarcza: nasz bohater biega po mostach, skacze z helikopterów, dziurawi niezliczone ilości sługusów swojego przeciwnika, a wszystko bez sztuczności green screenów i w takt naprawdę dobrze dobranej muzyki (szczególnie zwraca uwagę wybór Queen w finale filmu). I wszystko by było fajnie, gdyby nie fakt, że cała ta tytaniczna robota włożona w zainscenizowanie naprawdę szalonych pojedynków nie została całkowicie zmarnowana przez tę jedną rzecz, która miała film Naishullera wyróżniać, a mianowicie dosłowne przyjęcie punktu widzenia bohatera. Bo w tym filmie nie ma ani jednego ujęcia, które nie byłoby pokazane z tej właśnie perspektywy, co oznacza, że gdy nasz bohater dostaje lub spuszcza komuś łomot, to kamera trzęsie się bardziej niż w Bourne’ach kręconych przez Greengrassa; gdy bohater biegnie, instalacja GoPro na jego głowie chybocze się tak, że praktycznie trudno dojrzeć, co się dzieje na ekranie. I tak mniej więcej przez 3/4 filmu, który – przypominam – nie jest wyświetlany na ekranie telefonu, ale na wielkim kinowym ekranie, który nasz zdezorientowany wzrok ciągle próbuje jakoś objąć. Po 15 minutach takiej zabawy, człowiek zaczyna tęsknić za kameralnym rozmiarem monitora, na którym gra w swoje shootery.

Ból głowy, o który całkiem niepotrzebnie przysparza formuła Hardcore Henry’ego, w zasadzie maleje tylko wtedy, gdy na ekranie pojawia się Sharlto Copley (Elizjum, Powers) jako dosłowne przeniesienie figury przewodnika prowadzącej nas za rękę w grach FPS. Postać grana przez Copleya oglądamy tutaj w wielu wcieleniach (m.in. jako punk, aliancki żołnierz i naukowiec), a sam aktor świetnie odnajduje się w tej wariackiej konwencji, idealnie wpasowując się w rosyjskie poczucie humoru twórcy filmu. Innymi słowy, gdyby z Hardcore Henry zebrać to, co rzeczywiście da się oglądać, znowu wyszłoby kilka zajebistych minut, które możnaby z przyjemnością oglądać na YT, zamiast przez półtorej godziny męczyć się w kinie.

Ale jest jedna rzecz, która cieszy w związku z tym przestrzelonym filmem: jeżeli tak dzika i bezkompromisowa produkcja dostaje międzynarodową dystrybucję kinową, jest szansa, że od czasu do czasu dane nam będzie obejrzeć coś innego niż tylko nowe wersje serii z lat 80. i filmy superbohaterskie. A w dzisiejszych czasach to już coś.

(3 x KLAPS! = przeciętny film)

 

Źródło: materiały dystrybutora

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

1 Response

  1. Filmy Online pisze:

    Jeżeli ktoś lubi krwawe filmy to polecam, bo ogólnie to nawet mi się podobał 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.