INCEPCJA

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

(Inception)
USA, Wlk. Brytania 2010, 148 min.
Produkcja: Jordan Goldberg, Christopher Nolan, Emma Thomas
Reżyseria: Christopher Nolan
Scenariusz: Christopher Nolan
Zdjęcia: Wally Pfister
Muzyka: Hans Zimmer
Montaż: Lee Smith
Scenografia: Guy Dyas
Kostiumy: Jeffrey Kurland
Występują: Leonardo DiCaprio, Ken Watanabe, Joseph Gordon-Levitt, Marion Cotillard, Ellen Page, Tom Hardy, Cillian Murphy, Tom Berenger i inni
Dystrybucja: Warner Brothers

FADE IN: Oto jest. Długo oczekiwany zbawca sezonu ogórkowego ‘10. Film-kolos, który ma uratować filmowe lato i przywrócić nam wiarę w to, że amerykańska fabryka snów jest jeszcze w stanie zaproponować widzom coś stosunkowo oryginalnego. Czy sen o wzorcowej wakacyjnej rozrywce rzeczywiście się ziścił? I tak, i nie.

Na film najlepiej wybrać się bez znajomości zbyt wielu szczegółów jego wielopiętrowej fabuły, więc osobom, które Incepcji jeszcze nie widziały, polecałbym oszczędzić sobie przedzierania się przez niepotrzebnie długie akapity poniżej – co prawda pozbawione są one detali co do przebiegu fabuły, jednak obserwacje w nich przedstawione mogą odebrać przyjemność dochodzenia do podobnych wniosków samemu.

Dużo chyba jednak nie zdradzę, kiedy powiem, że tytułowa „incepcja” (in-co?) to termin określający proces sztucznego zaszczepiania w czyjejś podświadomości konkretnej idei – tak, by obiekt takiej operacji przekonany był, że idea ta wyszła od niego samego. W świecie ostatniego filmu Christophera Nolana (Prestiż, 2006, Mroczny rycerz, 2008) tego typu manipulacje możliwe są dzięki technice współdzielonego snu, podczas którego wprawny nawigator w labiryntach podświadomości jest w stanie wpłynąć na umysł człowieka, z którym dzieli sztucznie zaprojektowany sen. Tego graniczącego z niemożliwością zadania podejmuje się zespół Doma Cobba (Leonardo „Babyface” DiCaprio), na co dzień specjalizujący się w całkiem odwrotnych misjach – tj. wykradaniu informacji z ludzkich umysłów.

Jest coś z nonszalancji w manierze, z jaką Nolan wprowadza nas w świat swojej nowej kreacji, która w jego własnym umyśle podobno dojrzewała aż osiem lat. Próbując powtórzyć zabieg z pierwszych minut Mrocznego rycerza, reżyser na początek przedstawia nam spektakularny napad – w tym wypadku jednak miejscem przestępstwa nie jest bank, a jaźń japońskiego potentata Saito (Ostatni samurai Ken Watanabe – tutaj brawurowo kaleczący angielski). Pełna napięcia sekwencja snu w śnie pospiesznie zaznajamia nas z prawidłami funkcjonowania świata, w którym tego typu przestępstwo umysłowe jest rzeczywistością, by chwilę później w podobnie karkołomnym tempie przeskoczyć do wydarzeń filmu właściwego i kontynuować jak gdyby nigdy nic. Hola, hola – to nie fizyczne włamywanie się do sejfu jak w Mrocznym rycerzu, tu potrzeba czegoś więcej, żeby przekonać widza do realności tak specyficznej wizji świata.

„Pijcie, Panowie, bo czas nagli, a przed nami jeszcze cały szmat filmu”. Od lewej: Arthur (Joseph Gordon-Levitt), Saito (Ken Watanabe), jakiś gość z obolałym kroczem i Cobb (Leonardo DiCaprio).
Podobnie jak w przypadku poprzedniego obrazu Nolana także i ten film poprzedzony był przemyślaną kampanią marketingową, która wprawnie korzystała z możliwości, jakie daje Internet w rozbudzaniu oczekiwań już i tak ogromnej rzeszy fanów reżysera. W ciągu ostatniego półrocza Warner Bros. poukrywało w przestrzeni WWW zdawkowe informacje na temat Incepcji, do których można było dotrzeć pokonując kolejne poziomy labiryntów skonstruowanych na podobieństwo tych, które funkcjonują w filmie. Skrzętnie dawkując informacje na temat Incepcji, dystrybutor w ten zmyślny sposób ujawniał wstępne plakaty z filmu, pierwsze zwiastuny, czy nieobrobione wideozapisy badań nad teorią kontrolowanego snu, które Nolan prowadził przy udziale amerykańskich ekspertów (uwaga: z trojga interlokutorów tylko dwoje pierwszych to prawdziwi akademicy (odpowiednio dr William Domhoff i dr Jayne Gackenbach), trzecia mądrala to aktorka – łatwo się połapać, bo to ona jedna w swych wywodach zapędza się w rejony, które mają uwiarygodniać fantastycznonaukowe teorie przedstawione w samym filmie). Kontynuując wirusowy marketing Incepcji, studio rozesłało do redakcji bardziej poczytnych webowych periodyków (np. amerykańskiego „Wired”) instrukcję obsługi urządzenia, które w świecie wizji Nolana umożliwia współdzielony sen, i towarzyszący mu sponiewierany podręcznik operacyjny . Najciekawsza jednak wydaje się zewnętrzna kampania reklamowa, która – rzecz jasna – nie dotarła nad Wisłę, a której nowojorskie przykłady udowadniają, że na polu reklamy nadal istnieje miejsce na coś naprawdę pomysłowego.

 

I tego jednego Incepcji nie można odmówić: kreatywności w skutecznym przekonywaniu nas, że oglądamy coś, czego nie widzieliśmy nigdy wcześniej. Rozszerzając formułę z Celi (2000) Tarsema Singha, Nolan łączy przedstawione tam metody włamywania się do ludzkiej podświadomości z tematyką korporacyjnego szpiegostwa przemysłowego. I rzeczywiście robi to z werwą i polotem, którymi można by obdzielić tuzin hollywoodzkich filmów. Obserwując biegłość, z jaką reżyser Memento (2000) wykłada nam swoją historię, trudno nie zgodzić się z opinią, że jest on jeden z najciekawszych młodych twórców w głównym nurcie amerykańskiego kina, jednak nazywanie go nowym Kubrickiem to chyba jednak lekka przesada. Nolan nie jest żadnym filmowym geniuszem z naręczem świeżych fabuł, które przez ponad stulecie tego medium jakimś cudem omijały wyobraźnię innych twórców kina; jest on po prostu – jak wielu przed nim – uważnym obserwatorem, który wprawnie korzysta z ponad stuletniego filmowego dziedzictwa tak fabularnego, jak i technicznego, nadając swym rekonfiguracjom filmowych klocków indywidualny, cokolwiek jajogłowy rys. I tak w Incepcji Nolan nasącza tradycyjną strukturę filmu o „skoku na” (bank, kasyno itp.) swą fascynacją psychologią i snem (które to tematy już wcześniej przerabiał w Memento i amerykańskiej wersji Bezsenności, 2002). Bo w zasadzie Incepcja to w dużej mierze takie przeintelektualizowane Ocean’s Eleven – z tą różnicą, że Steven Soderbergh ma zdecydowanie lepsze poczucie humoru.

 

Zdolność wprawnego rekonfigurowania postmodernistycznych puzzli to w XXI w. podstawowy wymóg dla tych, którzy próbują biegle posługiwać się językiem kina, jednak w Incepcji nawet tak elokwentnemu erudycie jak Nolan zdarzyły się wpadki. Weźmy chociażby efektowne (dla niektórych efekciarskie) zakończenie: Nolan pozostaje pod mocnym wrażeniem Gorączki Michaela Manna (co udowodnił już podczas kręcenia Mrocznego rycerza) i w końcówce Incepcji korzysta z tych samych technik, by osiągnąć emocjonalny efekt purrysowgo zwycięstwa. Hans Zimmer stanął na głowie, żeby napisać temat wywołujący podobnie słodko-gorzkie emocje, co poruszające „God Moving Over The Face Of The Waters” Moby’ego, które rozbrzmiewa w ostatnich minutach Gorączki; i trzeba przyznać, że cel został osiągnięty – zamykająca film muzyka zostaje z widzem dużo dłużej niż same obrazy nadwornego operatora Nolana, Wally’ego Pfistera. Ale zaprawiony widz to słabo zakamuflowane źródło inspiracji odczyta natychmiastowo.

 

Intermedialnym kiksem jest również wybór „Non, je ne regrette rien” Edith Piaf na powracający w filmie sygnał dźwiękowy, który komunikuje członkom zespołu, że oto najwyższy czas na wybudzenie się ze snu – na którymkolwiek poziomie zagłębienia mieliby nie być. Chociaż sama treść utworu zmyślnie koresponduje z rysem charakterologicznym głównej postaci (Piaf śpiewa o tym, jak to niczego nie żałuje – boleśnie doświadczony przez życie Cobb, wręcz przeciwnie, jest chodzącym poczuciem winy), fakt, że powód tych żalów bohatera w Incepcji grany jest przez aktorkę, która przede wszystkim znana jest z roli Edit Piaf właśnie (w Niczego nie żałuję, 2007, Oliviera Dahana), brzmi jak nieudany filmowy żart, który tylko niepotrzebnie wytrąca widza z ekranowej rzeczywistości.

 

I tak oto Nolan snuje swój śmiały sen: z godną pochwały determinacją, ale nierówno. I – co z bólem stwierdzam – niekonsekwentnie. No bo, panie, jak to tak: przez półtorej godziny z hakiem reżyser wykłada nam zasady świata, w którym inwigilacja podświadomości jest możliwa przy pomocy nowoczesnych technologii, jednocześnie samym tonem filmu (skupionym i – jak dla mnie – ciut zbyt poważnym) zapewniając o niezaprzeczalnej wręcz logice przedstawianych wydarzeń i zależności przyczynowo-skutkowych. Gdy po tej monumentalnej ekspozycji siedzimy wygodnie w fotelach, w pełni przekonani o wewnętrznej spójności wywodu, ostatnie kilkadziesiąt minut filmu zaskakuje nas odstępstwami od prawideł, które wyłożono nam wcześniej (by nie powiedzieć: – zwyczajnymi dziurami w logice filmu (niestety, dla dobra przyszłych widzów Incepcji szczegóły zmuszony jestem pominąć)). I małym pocieszeniem są wyjaśnienia Arthura, prawej ręki Cobba, który w takim też momencie oznajmia podobnie jak widz skonsternowanej nowej członkini zespołu, Ariadne (Ellen Page): „Teraz już wiesz, jak często Cobb łamie prawa, które sam ustanowił”. Słysząc ten wieloznaczny komentarz na temat poczynań tak głównej postaci, jak i samego reżysera (co ciekawe, obaj panowie są także do siebie podobni fizycznie), zdajemy sobie sprawę z faktu, jak bardzo wymogi scenariusza dominują nad wszelkimi teoriami, które leżą u podstaw mechanizmów kontrolujących rzeczywistość Incepcji. I chyba ten prymat dramaturgii nad logiką najlepiej oddaje wspominane już zakończenie filmu, które z jednej strony swoją niejednoznacznością wzbogaca emocjonalny przekaz płynący z ekranu, z drugiej – sugerując nam dwie możliwe ścieżki odbioru filmu – niejako po części zaprzecza wszystkiemu, co wydarzyło się wcześniej. W ten oto sposób w Incepcji filmowy tradycjonalizm wygrywa w konfrontacji z konstruowaną latami wewnętrzną logiką nowatorskiej wizji Nolana.

 

„Leo, spójrz na mnie i dobrze się zastanów, czy ten krawat rzeczywiście jest ci potrzebny”. Podobieństwo gwiazdy i reżysera Incepcji – analogicznie do fabuły filmu – nie ogranicza się do wyłącznie jednego poziomu.
Czy Incepcja jest zatem filmem nieudanym? W żadnym wypadku. Czy w takim razie należy zgodzić się z krytykami uznającymi ten film za najciekawszą propozycję w dorobku ledwo czterdziestoletniego Nolana? Niekoniecznie. Czy pretensjonalne zadawanie pytań tylko po to, by za chwilę samemu sobie na nie odpowiedzieć, ma w ogóle sens? Ani trochę.

 

(2 x KLAPS! = całkiem dobry film)
 

FADE OUT:
A jeżeli zastanawiacie się, jak tym razem wypadł mój ulubiony aktor, to mam zaskakujące wieści: po raz pierwszy od sam nie wiem kiedy DiCaprio nie przeszkadza w odbiorze filmu. Nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że boski Leo w Incepcji w zasadzie powtarza rolę z Wyspy tajemnic Scorsese’ego; i ta druga, bardziej stonowana próba wychodzi mu tutaj dużo lepiej.
Jednak to nie po jego stronie będzie sympatia większości widzów. W Incepcji błyszczą przede wszystkim dwaj działający sobie na nerwy pomocnicy Cobba: poważny Arthur (grany przez Josepha Gordona-Levitta znanego z serialu Trzecia planeta od Słońca, 1996-2001) i ironista Eames (Tom Hardy, najniebezpieczniejszy więzień Wielkiej Brytanii w Bronsonie, 2008, Nicolasa Windinga Refna) – profesjonaliści rzetelnie wykonujący powierzone im zadania, jednak z diametralnie innym podejściem. Wzajemne dopiekanie sobie Eamesa i Arthura to jedne z niewielu humorystycznych i prawdziwie ludzkich momentów w filmie, który koniec końców chyba chce być czymś więcej, niż to, czym tak naprawdę jest. Ale takie drobiazgi pewnie nikomu w Hollywood snu z oczu nie spędzają.

 

Źródła: Yahoo, YouTube, FirstShowing.net, The Internet Movie Poster Awards, Wired, materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

4 komentarze

  1. Jacek Wiśniewski pisze:

    Idę next week, więc z chęcią dziką wdam się w polemikę. Jak na razie, nie przeczytałem ani słowa, ale spoko – będzie jeszcze na to czas 🙂

  2. Ja psioczę powyżej, ale tak szczerze to życzyłbym sobie co tydzień taki "daleki od ideału" film oglądać. Te czy tamte mankamenty nie zmienią faktu, że to jest jak na razie najlepsza kinowa rozpierducha w tym roku. Obejrzeć dwa razy to za mało!

  3. Jacek Picu pisze:

    In-co? No dziwne, że producenci zgodzili się na taki mało chwytliwy tytuł. W czasach kiedy &quot;Egzorcysta&quot; wchodził na ekrany to chcieli zmienić bo nikt nie kojarzył wtedy co to są te egzorcyzmy(!) <br /><br />A ja widzę tu humor z innej strony. Wielka polewka z Zygmunta Freuda i podświadomości. Co to za problemy, jak oczekiwania ojca albo że ktoś odszedł, albo bunt czy życie po swojemu

  4. Ogólnie jaja są z tym całym Fischerem: z osoby nie do końca rozumiejącej zawiłości procesu włamywania się do kolejnych poziomów świadomości (ok, może i przeszedł trening umysłowej samoobrony, ale na pewno w scenie w hotelu nie zachowuje się, jakby wiedział, jak ma się odnaleźć w zaistniałej sytuacji), w nienaturalnie krótkim czasie staje się równie w nim biegły jak najbardziej doświadczeni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.