JESSICA JONES

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

USA, 2015, 13×50 min.
Twórca: Melissa Rosenberg
Dystrybucja: Netflix

Wszyscy, którzy myśleli, że Daredevil to najwięcej, na ile Marvel może sobie pozwolić w uzdatnianiu swojego uniwersum na potrzeby dorosłego widza, byli w błędzie (w tym ja sam). Jessica Jones to najbardziej dojrzała rzecz w Marvel Cinematic Universe i prawdopodbnie najlepsza produkcja studia w ogóle.

Kto by pomyślał, że najlepszy serial superbohaterski Marvela powstanie z ręki długoletniej scenarzystki sagi Zmierzch. Co prawda Melissa Rosenberg ma za sobą również doświadczenie producentki Dextera, ale chyba nikt nie spodziewał się, że pierwsza produkcja Marvela o żeńskim superbohaterze pod jej kierownictwem rozkwitnie w tak dojrzałą opowieść.

Marvel przez lata zbierał cięgi za traktowanie żeńskich postaci co najmniej po macoszemu. Jego bohaterki zwykle były na trzecim planie: czy to Czarna Wdowa, czy Pepper Potts, kobiety zawsze pozostawały w cieniu jakiegoś Kapitana Ameryki lub innego Iron Mana. Przełom przyszedł z osadzoną w pierwszej połowie XX w.  Agentką Carter – serialem, którym Marvel postanowił skonfrontować się z zarzutami o seksizm, przedstawiając codzienność silnej kobiety w czasach, gdy szowinizm był normą. Przy całym wyemancypowaniu głównej postaci pierwsza seria Agentki Carter pozostawała jednak niezobowiązująco lekkim serialem szpiegowskim, gdzie tematy uprzedmiotowienia były głównie źródłem humoru sytuacyjnego i ciętych ripost ze strony bohaterki.

Jessica Jones kobiecą narrację w świecie ekranowych adaptacji Marvela wznosi na dużo wyższy poziom. To, co w Agentce Carter było niejako dodatkiem, tutaj staje się ideologicznym centrum tekstu – w taki sposób, że elementy czysto komiksowe sprawiają wrażenie dodatku do historii kilku nowojorskich kobiet próbujących odnaleźć się w koszmarze, jakim stało się ich życie. Coś jak Seks w wielkim mieście, tylko z wątkami problemów pierwszego świata zastąpionymi mocowaniem się z depresją, poczuciem winy, alkoholizmem i traumą po byciu wykorzystaną seksualnie. Tak, to jest serial Marvela, który podejmuje takie kwestie, i nie na zasadzie napomknięcia czy dodania kolorytu, ale rozpisanych na odcinki długich i mało sympatycznych wątków, które każą nam zastanawiać się, czy nadal oglądamy produkcję Marvela, czy może kolejny odcinek Mr. Robot. Co najciekawsze, tematy narkomanii, samobójstw i wykorzystywania dzieci przez rodziców twórcom jakimś cudem udało się połączyć z istniejącym już MCU: pojawiają się odniesienia do bitwy o Nowy Jork znanej z pierwszych Avengers, jak również do postaci Hulka i Kapitana Ameryki. Oscara za odwagę reżyserowi, który w kolejnej produkcji Marvela sygnowanej przez studio Disneya podobnie postanowi odnieść się do bolesnej rzeczywistości świata Jessiki Jones.

Serial Netfliksa jest adaptacją komiksu Alias Briana Michaela Bendisa i Michaela Gaydosa, w którym była superbohaterka postanawia zejść do podziemia i zamiast latać po mieście z peleryną, użyć swoich zdolności do pracy detektywistycznej. Nie mnie oceniać wierność adaptacji względem materiału wyjściowego (postać znam raczej pobieżnie), ale serial Netfliksa na szczęście od nikogo nie wymaga znajomości komiksów, by w pełni odnaleźć się w fabule  – podobnie jak wcześniejszy Daredevil jest samowystarczalną, zamkniętą całością. I choć oba seriale dzieją się w nowojorskiej Hell’s Kitchen (a jedna z postaci Daredevila nawet pojawia się w ostatnich odcinkach), to Jessikę Jones od pierwszego wspólnego serialu Netfliksa i Marvela różni to, że podczas gdy pełen akcji Daredevil był mroczny i brutalny, Jessica Jones nie boi się tych dwóch określeń wzbogacić smutkiem i powagą. Nie uświadczymy tutaj spektakularnych mordobić na wzór tych, jakie serwuje Matt Murdock sługusom Kingpina, ale na przestrzeni trzynastu odcinków dowiemy się, czemu Jessica Jones (genialnie zblazowana Krysten Ritter) jest cierpiącą na napady paniki alkoholiczką, i jaka mroczna tajemnica łączy ją z właścicielem lokalnego baru, Lukiem Cage’em (równie świetny Mike Colter – jak dla mnie najlepiej zagrany superbohater w całym MCU). Jest też dawno niewidziana Carrie-Anne Moss w roli bezlitosnej adwokat, która korzysta z usług głównej bohaterki. No i, przede wszystkim, David Tennant jako Zebiach Kilgrave – pierwszy ekranowy czarny charakter Marvela, do opisania którego żaden dziennikarz-dyletant nie użyje określenia „komiksowy” (rozumianego jako „schematyczny”). Bo choć nominalnie jest to kolejne nemesis z jakąś tam mocą (w tym wypadku jest to kontrola umysłu), to jego portret jest tak niepokojąco nakreślony, że bez problemu wytrzymuje porównania nawet z Jokerem Heatha Ledgera. A to już komiksowa najwyższa półka.

Jak cały serial zresztą.


(1,5 x KLAPS! = bardzo dobry serial)

Źródła: materiały dystrybutora

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

2 komentarze

  1. Robert Cynkier pisze:

    Wielce szanowny kolego Klapsie 🙂 Na początku przepraszam, że dopiero teraz dodaję komentarz na temat. ale dopiero niedawno miałem przyjemność obejrzeć Jessicę. W pełni zgadzam się z twoją recenzją (nic nowego). Jest jednak rzecz, na którą chciałbym zwrócić twoją uwagę. Rzeczywiście, Marvel nie ma szczęścia do negatywnych bohaterów w filmach fabularnych – są albo dziwni albo mało straszni (subiektywna ocena – feel free to disagree). Natomiast spójrz, że jeśli chodzi o seriale, udaje im się całkiem dobrze zbudować nemezis każdego bohatera, za którego się biorą. Pokusiłbym się nawet o komentarz, że często przeciwnik głównego bohatera jest ciekawszy niż sam bohater. Nie mówię tutaj o Jessice (Krysten Ritter – co za babka!!!!!!) i Kilgravie (kurde – David Tennant to jest po prostu gość!!!!), którzy tworzą tak cudownie udaną parę, że można ich jeść łyżkami. Cały czas gdzieś w mojej głowie jest Kingpin (Vincent D’Onofrio!!!!! WOOOW!!!) jak niedościgniony przeciwnik nieco nudnego Daredevila (Charlie Cox – no cóż, szału nie było). Jest to pierwsza wiarygodna i w pełni ukształtowana postać antybohatera – przerażająca, a zarazem potwornie do bólu prawdziwa. Pozostaje mi tylko czekać na to, co zobaczymy w drugim sezonie Daredevila (wiem, wiem – już jest, ale jeszcze nie obejrzałem), w Luke’u Cage’u, w Iron Fist’cie i w Defenders – nie wspominając już o Punisherze (podobno ma być – nie kryję, że chciałbym w końcu zobaczyć sensowną adaptację tego komiksu, bo jak przypomnę sobie wielkiego Dolpha Lundgrena, mdłego Thomasa Jane’a i chyba najsensowniejszego z nich wszystkich Raya Stevensona, to chyba mi się oranżadą z komunii odbija – nienawidzę oranżady). Pozdrawiam serdecznie!

    • Igor Szokalski pisze:

      Mroczne adaptacje komiksów to żadna nowość, dlatego tak bardzo ucieszył mnie fakt, że netfliksowe seriale Marvela mierzą w coś całkiem innego. Bo Jessica i Daredevil jako seriale nie są zwyczajnie mroczne – one są niemalże BOLEŚNIE SMUTNE. Tam gdzie DC i Warner bawią się w naskórkowy mrok, Marvel u Netfliksa poszedł o krok dalej i pokazał komiksowych bohaterów tak ludzko ułomnych, że aż przestaje mieć to charakter rozrywki. Nie wiem tylko, czy ten trend się utrzyma, bo wszystko wskazuje na to, że kategoriach takiego dołującego weltschmertzu nic nie przeskoczy pierwszej serii Jessiki. Obym się mylił.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.