MARSJANIN

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone
1

USA, 142 min.
Reż. Ridley Scott
Dystrybucja: Imperial-Cinepix

Siedemdziesięcioośmiolatek Ridley Scott, czy tego chce, czy nie, zostanie zapamiętany dzięki swoim filmom fantastycznoanukowym. Z trzydziestu sześciu tytułów, które wyreżyserował, to Obcy (1979) i Łowca androidów (1982) powszechnie uważane są za jego najważniejsze dokonania, a ich wpływ na popkulturę jest niezaprzeczalny. Dlatego ilekroć Scott ponownie bierze się za SF, filmowy świat zawsze wstrzymuje oddech. Nie inaczej było w przypadku jego adaptacji marsjańskiej powieści Andy’ego Weira.

Książka opowiada historię Marka Watneya (w tej roli Matt Damon), który uznany za zmarłego zostaje pozostawiony na Marsie przez członków misji NASA, dowodzonej przez kapitan Lewis (Jessica Chastain). Pozbawiony jakiegokolwiek sposobu komunikacji z resztą ludzkości, Watney podejmuję próbę stworzenia sobie warunków do życia na Czerwonej Planecie, korzystając wyłącznie ze swojej wiedzy astronauty i botanika. W tym samym czasie zdjęcia satelitarne Marsa pozwalają Koordynatorowi Misji Marsjańskich (Chiwetel Ejiofor) wywnioskować, że Watney jednak żyje. Rozpoczyna się pierwsza w historii ludzkości międzyplanetarna misja ratunkowa.

Tak to wygląda w bardzo dużym skrócie (w rzeczywistości historia posiada mnóstwo bardzo ciekawych trzecioplanowych postaci), ale już na tym etapie widać, że ta historia to samograj. Weir dodatkowo ubrał ją w bardzo atrakcyjną formę dziennika osamotnionego astronauty przetykanego trzeciosobową narracją opisującą, co w tym samym czasie dzieje się w NASA i na pokładzie wracającej na Ziemię misji, której bohater był częścią. Marsjanin osadzony jest w bardzo bliskiej przyszłości, skrupulatnie oparty na historii amerykańskich lotów kosmicznych oraz na aktualnej wiedzy o Czerwonej Planecie, co sprawia, że czyta się go jak książkę nie fantastyczno- a popularnonaukową. Takim też tropem idzie Scott, dbając, by jego ekranowa wersja zamiast z krytykowanym Prometeuszem (2012), bardziej kojarzyła się z powszechnie szanowanym Apollo 13 (1995) Rona Howarda.

Możnaby pomyśleć, że historii tak idealnie skrojonej pod ekran, nie da się zaadaptować z niekorzyścią dla oryginału. Jednak gdy blisko czterystustronicową powieść próbuje się zmieścić w stu czterdziestu minutach filmu, coś musi na tym ucierpieć. W przypadku Marsjanina jest to kluczowy element oryginału, a mianowicie poczucie osamotnienia głównego bohatera. Dramat jednostki pozostawionej na śmierć na obcej planecie jest motorem całej powieści, zmyślnie równoważonym poczuciem humoru głównego bohatera. Scott i scenarzysta Drew Goddard (Dom w głębi lasuWorld War Z), ograniczeni do metrażu filmu kinowego, w swojej wersji znajdują czas głównie dla tego ostatniego, co automatycznie zaniża poczucie stawki, o jaką gramy. A bez tego trudno mówić o głębszym zaangażowaniu emocjonalnym w tragiczną sytuację głównego bohatera.

Film zrealizowany jest jak najbardziej fachowo (kolejne świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego), z plejadą ciekawych ról na trzecim planie (zwraca uwagę Jeff  Daniels jako nieprzejednany Dyrektor NASA), ale widz zaznajomiony z oryginałem złapie się na zastanawianiu się, co by było, gdyby tę historię przeniesiono na ekran w formie do tego bardziej zdatnej i dodatkowo święcącej ostatnio same sukcesy – czyli jako mini serię telewizyjną. Na pewno dałoby to więcej pola do adekwatnego odtworzenia dramatu i napięcia przezierającego z kart powieści, a i Mattowi Damonowi pozwoliłoby to na stworzenie ciekawszej roli niż ta namiastka klasy, którą dostaliśmy w filmie Scotta.

Marsjanin w żadnej mierze nie jest filmem złym, czy nawet nieudanym – nie o to tu chodzi; to nadal jest kinowa rozrywka utrzymana na bardzo wysokim poziomie. Jednak, gdy ktoś taki jak Ridley Scott bierze się za ekranizację jednej z najlepszych współczesnych powieści SF, widz ma prawo oczekiwać czegoś więcej.

Niedawno w wywiadzie dla magazynu Empire brytyjski reżyser zdradził, że przez najbliższe lata planuje realizować dwa filmy rocznie. Scott ma 78 lat, więc normalnym jest, że chce zrobić jak najwięcej, nim kostucha zapuka do jego drzwi; jednak gdy ilość staje się ważniejsza niż jakość, wszyscy fani talentu reżysera będą musieli pożegnać się z nadzieją, że Scott kiedyś jeszcze nakręci film równie wybitny jak te dwa, za które już za życia stał się legendą.

(2 x KLAPS! = całkiem dobry film)

 

Źródło: materiały dystrybutora, Empire
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.