• Bez kategorii

MELANCHOLIA

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page
(Melancholia)
Dania/Francja, 2011, 130 min.
Producent: Louise Vesth, Meta Louise Foldager, Peter Garde
Reżyseria: Lars von Trier
Scenariusz: Lars von Trier
Zdjęcia: Manuel Alberto Claro
Montaż: Morten Højbjerg, Molly Marlene Stensgaard
Scenograf: Jette Lehmann
Kostiumy: Manon Rasmussen
Występują: Kirsten Dunst, Charlotte Gainsbourg, Kiefer Sutherland, Alexander Skarsgård, John Hurt, Charlotte Rampling, Stellan Skarsgård, Udo Kier i inni 
Dystrybucja: Gutek Film

FADE IN: Tytułowa Melancholia to nazwa ogromnego ciała niebieskiego, które w filmie duńskiego skandalisty Larsa von Triera (Dogville, 2003, Antychryst, 2009) zmierza w kierunku naszej planety. Naukowcy wcale nie są zgodni: według części z nich wielokrotnie przekraczający masę Ziemi wędrowiec znajduje się na wyraźnym kursie kolizyjnym z naszą planetą; z kolei inni utrzymują, że przelot Melancholii stanowić będzie dla nas jedynie wizualną atrakcję, nie wpływając w większym stopniu na stabilność ruchu planet w Układzie Słonecznym.

Melancholia to także stan, który na stałe wpisany jest w usposobienie Justine (Kirsten Dunst) – świeżo upieczonej panny młodej, która wbrew swej depresyjnej naturze stara się świętować zamążpójście w towarzystwie swojej bardziej poukładanej siostry Claire (Charlotte Gainsbourg) oraz skłóconych ze sobą ojca kobieciarza (John Hurt) i wiecznie niezadowolonej matki (Charlotte Rampling). Podczas gdy w posiadłości ziemskiej szwagra Justine (Kiefer Sutherland) trwa wystawne wesele bohaterki i jej uległego męża (Alexander Skarsgård), zarys planety-wędrowca z każdą kolejną godziną nieubłaganie powiększa się na nocnym niebie.

Von Trier zbudował karierę na niełatwym godzeniu inscenizacyjnej sztuczności z brutalnym wręcz realizmem psychologicznego portretu swych postaci (czego chyba najlepszym przykładem jest umowność dekoracji Dogville w zestawieniu z naturalizmem prezentacji zachowań mieszkańców tytułowego miasteczka). W Melancholii nie jest wcale inaczej: wizja globalnej apokalipsy ograniczona jest do jednej symbolicznej lokacji i przedstawiona z perspektywy w zasadzie czterech postaci zmagających się z eschatologicznym rozedrganiem w ostatnich dniach świata (Justine, Claire, jej męża i ich syna). Nieinwazyjnie płynne jazdy sekwencji konnych kontrastują tutaj z nerwowymi zbliżeniami ludzkich twarzy, a ilustrowane pompatyczną uwerturą, wysmakowane zdjęcia wzajemnego ruchu planet sąsiadują z roztrzęsionym zapisem rozmów postaci próbujących znaleźć wspólny język – z dźwiękiem tanim i brudnym jak ze studenckiego filmu.

Jak dotąd u von Triera pretensjonalna zabawa transfokatorem (i formą ogólnie) wynagradzana  widzom była świetnym aktorstwem i niesztampowymi bohaterami – zgodnie z założeniami manifestu Dogme 95, które reżyser w połowie lat dziewięćdziesiątych stworzył wraz z innym zdolnym Duńczykiem, Thomasem Vinterbergiem (Festen, 1998, Moja droga Wendy, 2005). W tej sferze jednak Melancholia jest widocznym odstępstwem od normy. Umowności bijącej z wzajemnych relacji postaci dramatu i topornych dialogów (fatalny wątek szefa Justine, granego przez von Trierowego wetereana Stellana Skarsgårda) nie pomaga nienajlepsze aktorstwo (Udo Kier jako nadąsany organizator wesela, cokolwiek pretensjonalna Charlotte Rampling w roli zgorzkniałej matki). To wszystko konsekwentnie przeszkadza wejść tym razem w świat von Triera, a dosyć skromne efekty specjalne współtworzone przez polskie studio Platige Image dodatkowo przeszkadzają przekonać się do tej wybitnie autorskiej wizji kina fantastyczno-naukowego. Kiedyś nawet tak odważny zabieg jak wchodzenie w kadr członków ekipy (Idioci, 1998) nie było w stanie wytrącić widza z opowiadanej historii – tutaj wystarczy jeden pretensjonalny ruch kamery na kolejnym trącącym myszką dialogu (najgorsze są te dotyczące zawodu bohaterki), by mieć serdecznie dosyć artystowskich zabiegów von Triera i operatora Manuela Alberta Claro.

– No sami oceńcie: czy to są ręce nazisty? Od lewej: Kiefer Sutherland, Manuel Alberto Claro, Kirsten Dunst, Lars von Trier, Alexander Skarsgård, Charlotte Gainsbourg
Co prawda depresyjna postać wyróżnionej w Cannes nagrodą dla Najlepszej Aktorki Kirsten Dunst całkiem gładko prowadzi nas przez ponad dwie godziny tej typowej dla von Triera emocjonalnej szarpaniny, jednak wychwalanej Amerykance wstęp do elitarnego klubu wybitnych aktorek von Triera nie będzie dany (wbrew temu, co zdaje się sądzić canneńskie jury). Dunst wypada wręcz blado na tle dokonań weteranek niełatwej współpracy z duńskim reżyserem: Emily Watson (Przełamując fale, 1996), Bodil Jorgensen (Idioci, 1998), Björk (Tańcząc w ciemnościach, 2000), Nicole Kidman (Dogville, 2003), czy też partnerującej jej w Melancholii Charlotte Gainsbourg, nagrodzonej tym samym wyróżnieniem za jej rolę w Antychryście von Triera. Oczywiście Dunst jako emocjonalnie rozchwiana Justine pod żadnym względem nie tworzy tutaj złej czy nawet słabej roli – po prostu nie jest ona niczym godnym wyróżnień (w przeciwieństwie do jej pierwszorzędnych wysiłków aktorskich podczas słynnej już konferencji prasowej po canneńskiej premierze filmu).

Melancholię w zasadzie ratują dwie mądre decyzje. Pierwsza to obsadzenie Kiefera Sutherlanda w roli męża Claire. Sutherland nie ma ostatnio szczęścia do dużego ekranu (ostatnio widziany u nas trzy lata temu w horrorze Lustra Alexandra Aji), jednak w roli pozornie zdroworozsądkowego filistra odnajduje się idealnie, dodając do ospałej obsady szczyptę tak bardzo potrzebnej aktorskiej ikry.
Drugi ekranowy sukces to ograniczenie miejsca akcji do przepastnej, odciętej od cywilizacji posiadłości. Prawie nigdy nie mamy okazji oglądać w kinie zagłady ludzkości  pokazanej w skali mikro – przyjęcie podejścia całkiem odwrotnego do relacjonowania globalnej paniki znanego z filmów Rolanda Emmericha (2012, 2009) u von Triera sprawdza się znakomicie. Parafrazując slogan reklamowy filmu, taki kameralny koniec świata rzeczywiście potrafi być piękny – nawet jeżeli efekty specjalne trochę niedomagają.

Po prostu: wow…

Melancholią niekryjący się ze swoją skłonnością do popadania w depresję von Trier zrobił sobie światopoglądowy prezent: stworzył fantastyczno-naukową apologię fatalizmu, która niewyszukanymi środkami udowadnia, że melancholicy nawet w świetle zagłady ludzkości potrafią zachować opanowanie i zdrowy rozsądek. Brawo, Lars – gdy następnym razem będziesz kręcił sobie kolejną laurkę, nie zapomnij dodać też coś dla nas, widzów. Wiesz, tak dla przyzwoitości. W końcu to żaden koniec świata.


(3 x KLAPS! = przeciętny film)

FADE OUT: Von Zviasstün:

Źródła: materiały dystrybutora, fourfour, IMDb
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.