MOJE CÓRKI KROWY

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Polska, 88 min.
Reż. Kinga Dębska
Dystrybucja: Kino Świat

W bijącym rekordy frekwencyjne filmie Kingi Dębskiej jedna rzecz udała się świetnie: realistyczne oddanie słodko-gorzkich relacji we współczesnej polskiej rodzinie. Ale cała reszta wyszła już jak zwykle (czyli tak sobie).

Moje córki krowy to tragikomiczna historia dwóch skłóconych sióstr, które w obliczu choroby rodziców (Małgorzata Niemirska i Marian Dziędziel) muszą odnaleźć wspólny język. Pierwsza to 42-letnia Marta (Agata Kulesza) – gwiazda przaśnej telenoweli, rozwódka i matka dorosłej już córki, kobieta stanowcza i niezależna; druga to młodsza od niej o dwa lata Kasia (Gabriela Muskała) – szkolna nauczycielka i choleryczka, mieszkająca w domu rodziców razem z nastoletnim synem i mężem nierobem (Marcin Dorociński). Pod względem charakteru kobiety nie mogłyby bardziej się od siebie różnić, ale sytuacja wymaga, by stanęły na wysokości zadania, gdy niemłodzi już rodzice zaczynają potrzebować ich wsparcia.

Film tak naprawdę robią aktorzy: Kulesza, Muskała, Dziędziel i obsadzony wbrew ekranowemu wizerunkowi Dorociński, który gra tutaj typowego polskiego gbura. Szczególnie dobrze zagrały kobiety – Kulesza i Muskała świetnie oddają dynamikę siostrzanych niesnasek i rywalizacji, i to głównie dzięki nim ten prościutki film ogląda się tak bezboleśnie. Bo jak spojrzymy na scenariusz, to za dobrze to nie wygląda: praktycznie tylko jedna z sióstr ma wątek, który jakoś tam rozwija się w trakcie filmu (relacja Marty z lekarzem jej matki granym przez Łukasza Simlata), a całość fabuły opiera się na wciąż tym samym pomyśle: czy wrogo nastawione do siebie siostry będą w stanie pogodzić się i odnaleźć w sytuacji choroby rodziców. No i odnajdują się, ale już w pierwszej połowie filmu, więc cała reszta to w zasadzie ciągłe piętrzenie przed nimi przeciwności losu i powtarzanie raz jeszcze tej samej sinusoidy kłótni i pojednań. Oczywiście jedzie to wszystko na humorze, który bierze się z przeciwności charakteru naszych bohaterek, i czasem ta komedia bywa żenująco słaba (np. kiedy niekontrolujący swoich odruchów Dziędziel wyzywa swoje córki), ale przez większą część czasu ekranowego zapewnia niskooktanowe paliwo, które pozwala, by w miarę bezboleśnie przejechać od sceny do sceny (nawet jeżeli w sumie zmierza to wszystko donikąd).

Polacy pokochali ten film za jedno: pokazanie polskiej rodziny taką, jaka jest, czyli zwykłą, komicznie małostkową, wewnętrznie skłóconą, ale kochającą się mimo wszystko. Ja do tego filmu zapałałbym podobnie żarliwym uczuciem, gdyby zamiast na warstwie obyczajowej, twórcy trochę więcej skupili się na scenariuszu. Cóż, coś za coś.

(2,5 x KLAPS! = prawie dobry film)

 

Źródło: materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.