MOST SZPIEGÓW

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

599504_1.1

(Bridge of Spies)
USA, 141 min.
Reż. Steven Spielberg
Dystrybucja: Imperial-Cinepix

Ktoś wpadł na karkołomny pomysł, by zimnowojenną historię o szpiegach napisaną prze braci Coen dać wyreżyserować Stevenowi Spielbergowi. Na szczęście Tom Hanks – będący twarzą tego eksperymentu – w tych pozornie wykluczających się stylistykach odnalazł się bez problemu.

Most szpiegów opowiada opartą na faktach historię amerykańskiego prawnika (Hanks), dzięki któremu na początku lat 60. w Berlinie Wschodnim CIA zdołało wymienić agenta radzieckiego wywiadu (Mark Rylance) na amerykańskiego pilota (Austin Stowell) zestrzelonego nad ZSRR. Wszystko dzięki temu, że kilka miesięcy wcześniej ten sam prawnik podjął się niewdzięcznego zadania obrony zdemaskowanego radzieckiego szpiega przed amerykańskim sądem.

Trudno wyobrazić sobie bardziej przeciwstawne perspektywy niż ta Stevena Spielberga i spojrzenia na świat braci Coen. Podczas gdy ten pierwszy potrafi odnaleźć nadzieję nawet w czasach totalnego zezwierzęcenia (Lista Szindlera, Amistad), ci ostatni, jeżeli nie obracają wszystkiego w farsę (Big Lebowski, Tajne przez poufne), to na historię człowieka patrzą cokolwiek sceptycznie (Fargo, To nie jest kraj dla starych ludzi); Spielberg niejako wziął sobie za cel podnoszenie ludzi na duchu – Coenowie, całkiem odwrotnie, próbują wszystkim pokazać okrutny żart, jakim jest życie w świecie pełnym idiotów. I choć scenariusz Mostu szpiegów to prawdopodobnie najmniej ironiczna historia ich pióra, to i tak ten lekko natchniony styl Spielberga gryzie się z ich zdroworozsądkowym spojrzeniem. Bo reżyser – jak na Spielberga przystało – czasy zimnej wojny traktuje głównie jak niemalże bajkową scenerię do opowiedzenia uniwersalnej przypowieści o niezłomności i bohaterstwie, podczas gdy Coenowie chcą po raz kolejny pokazać zdroworozsądkowego człowieka próbującego radzić sobie w absurdalnej sytuacji.

Tę filozoficzną bombę sprzecznych intencji bardzo ładnie rozbraja Tom Hanks. Jak pokazał już Atlasie chmur Wachowskich nie ma takiego filmu, którego jego obecność by nie naprawiła, i tutaj podobnie uzbraja się w swój standardowy arsenał sympatycznego everymana, by pogodzić nie do końca kompatybilne wizje twórców. Udaje się to świetnie, ale co ciekawe, w Moście szpiegów to nie Hanks ma najciekawszą rolę – ta przypadła Markowi Rylance’owi (Anonimus, Intymność) jako rosyjskiemu szpiegowi, którego interesy reprezentuje adwokat grany przez Hanksa. Postać Rylance’a z bycia niepozornym zrobiła sztukę, a brytyjski aktor odgrywa ją tak, że przyćmiewa wszystkich innych na ekranie (a jest tu jeszcze m.in Amy Ryan i Alan Alda). Bardzo niepozorna, ale potężna rola, która – jeżeli mnie intuicja nie myli – zostanie doceniona przez gremia przyznające amerykańskie Globy i inne Oscary.

Co do samego seansu, to film ogląda się lekko i przyjemnie: Thomas Newman swoimi nutami prowadzi nas za rękę (jak na epigona Johna Williamsa przystało), a zdjęcia Janusza Kamińskiego sprawiają, że Wrocław grający zimowy Berlin wygląda jak z innego świata. Abstrahując od kwestii, czy film o zimnej wojnie powinien być aż tak rozrywkowo bezbolesny, należy zauważyć, że jak na te blisko 2,5 h metrażu, po prostu dzieje się tu zaskakująco mało. Czas spędzony z Tomem Hanksem to nigdy nie jest czas stracony, ale jeżeli Spielberg chciał tym filmem pokazać młodym Amerykanom zanurzony w strachu świat AD 1960, to zabrakło tutaj bardziej szczegółowego spojrzenia na problem stosunków USA-ZSRR i ogólnie czegoś, co na ekranie stworzyłoby rzeczywiste poczucia zagrożenia. Ale, hej, mamy za to kolejny bezpieczny film z Hanksem, na którą do kina można pójść w Święta całą rodziną.

Coś za coś.

(2,5 x KLAPS! = prawie dobry film)

 

Źródło: materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.