HOBBIT: BITWA PIĘCIU ARMII

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Na Bitwę Pięciu Armii Petera Jacksona szedłem z mało pozytywnym nastawieniem (przed seansem zrobiłem sobie powtórkę z rozszerzonych edycji dwóch poprzednich części i pomimo tego, że przez te 6 godzin starałem się robić w domu przedświąteczne porządki, to i tak niemiłosiernie się wynudziłem). Do kina jechałem raczej z blogerskiego obowiązku niż z tej palącej potrzeby nerda SF/Fantasy, która swego czasu towarzyszyła moim wyprawom na kolejne części Władcy Pierścieni

I co? I dupa, moi kochani, bo film okazał się całkiem zgrabnie wykoncypowanym zamknięciem tego sztucznego tworu, jakim jest ta rozciągnięta na trzy filmy nowozelandzka wersja klasyki Tolkiena. W żadnym wypadku nie jest to nic wybitnego, ale sam fakt, że Jackson w tym filmie wrócił do poziomu Powrotu króla jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Dodać do tego bardzo mądre rozwinięcie postaci Thorina (Richard Armitage) jako upadłego krasnoludzkiego króla, i mamy naprawdę dobry powód, żeby w te święta z całą rodziną wybrać się do kina.

Więcej o trzecim Hobbicie w luźnych przemyśleniach, które zaraz po seansie nagrałem dla Waszej (nie)przyjemności, a które znajdziecie poniżej.


Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.