SICARIO

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone
sicario-movie-poster-wide

USA/Kanada, 121 min.
Reż. Denis Villeneuve
Dystrybucja: Monolith Films

Wybierając się na Sicario, liczyłem na to, że film Denisa Villeneuve’a będzie dla lat nastych XXI w. tym, czym Gorączka Michaela Manna była dla lat 90. wieku poprzedniego. I choć oba filmy łączy kilka podobieństw, narkotykowy thriller Kanadyjczyka okazała się filmem z całkiem innego świata.

W sumie to sam jestem sobie winien, bo mamiony efektownym marketingiem filmu, zacząłem myśleć o Sicario jako o wystylizowanej historii o policjantach i złodziejach w rodzaju tych, w których Mann się lubuje. Co to to nie: Villeneuve może i robi teraz filmy za duże pieniądze i z gwiazdorską obsadą, ale jego myślenie o kinie nadal pozostaje podobnie minimalistyczne jak na etapie Maelström (2000) czy Politechniki (2009) – nawet jeżeli kręci teoretycznie sensacyjny film o agendach rządowych walczących z przemysłem narkotykowym na granicy amerykańsko-meksykańskiej.

W Sicario szaro-szary świat rywalizacji latynoskich gangsterów i przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości USA oglądamy oczami idealistycznej agentki FBI, Kate Macer (Emily Blunt), która w nagrodę za zasługi dla Biura dostaje angaż do rządowego programu wytropienia jednego z przywódców meksykańskich karteli narkotykowych. Kate, w stu procentach poświęcająca się swojej pracy i przyzwyczajona do postępowania zgodnie z procedurami, z trudem odnajduje się w zespole Matta Gravera (Josh Brolin), który za punkt honoru wziął sobie ciągłe niedoinformowywanie swojej nowej podopiecznej. Sprawy nie ułatwia fakt, że nieformalną prawą ręką dowódcy wydaje się być tajemniczy konsultant Alejandro (Benicio Del Toro), którego niejasna obecność w zespole jest dla Kate trudna do zaakceptowania. Wraz z rozwojem operacji Kate zaczyna zastanawiać się, czemu tak naprawdę została do niej włączona i jaka jest jej rola w całej operacji.

Jeżeli powyższy opis nasunął Wam skojarzenie z Milczeniem owiec (1991) Demme’a, to jesteście na dobrej drodze… żeby zostać wyprowadzonymi w pole. Bo choć scenariusz Taylora Sheridana (aktora znanego z ról w Synach Anarchii i Veronice Mars) korzysta z teoretycznie podobnego archetypu głównej bohaterki, świat w który ją wrzuca jest dużo bardziej zniuansowany, by pozwolić na fanfary sukcesu, jakim kończył się film z Jodie Foster. Jak na debiutującego scenarzystę Sheridan ma naprawdę dużo dramaturgicznej odwagi, a rozwiązania, które proponuje mają niewiele wspólnego z typowo hollywoodzką sztampą. Denis Villeneuve już nieraz podejmował temat mniejszego zła (ostatnio w Labiryncie) – Sheridan w Sicario dostarczył wymarzony materiał dla artysty, który uwielbia wyprowadzać swoich aktorów na mielizny moralnych wyborów.

A tutaj są to aktorzy pierwszorzędni. Dla Blunt rola twardogłowej agentki Mercer to bez dwóch zdań najjaśniejszy punkt w jej karierze aktorskiej, nawet jeżeli lekko przyćmiony wykonem jej ekranowych kolegów – Brolin jako szelmowsko uśmiechnięty dowódca jednostki jest po prostu fenomenalny, a w zasadzie niema rola Del Toro dobitnie pokazuje, jak mało potrzeba temu aktorowi, żeby stworzyć fascynującą postać. O przyćmieniu Blunt rolami kolegów piszę nie bez kozery, bo jest to niejako wpisane przez reżysera w filozofię filmu, w której przedstawia nam się świat zdominowany przez rywalizujących ze sobą mężczyzn, gdzie płomyk nadziei reprezentowany przez główną bohaterkę może w każdym momencie zostać brutalnie zdmuchnięty. Villeneuve naprawdę ma jaja, żeby w dzisiejszej medialnej rzeczywistości, gdzie jedno niefortunne słowo wywołuje oskarżenia o szowinizm, przedstawiać tak androcentryczną wizję świata (nawet jeżeli opatrzoną krytycznym komentarzem).

Na szczególną uwagę w filmie zasługuje także muzyka Jóhanna Jóhannssona (Foxcatcher), czy też raczej diablo dobre współgranie tejże z montażem Joe Walkera (Haker). Pamiętacie napięcie, jakim przesycona jest w Gorączce Manna sekwencja napadu na bank? W Sicario większość filmu pobrzmiewa taką właśnie emocją. Wszystko dzięki sprytnemu zabiegowi reżysera, który zlecił montażyście przygotować wstępną wersję filmu bez udziału tymczasowej ilustracji muzycznej (jest normą, że na tym etapie montażu korzysta się z jakiejś zastępczej muzyki, by przystępujący do pracy kompozytor miał jakiś punkt odniesienia). W efekcie Walker, pozbawiony podpory w postaci ilustracji muzycznej, wstępną wersję na wszelki wypadek zmontował tak gęsto, że Johannsson w zasadzie nie musiał nic dodawać, by podkreślić ekranowe napięcie. Jednak to, co islandzki kompozytor koniec końców dodał, jeszcze bardziej je potęguje, każąc nam większość filmu przesiedzieć na skraju fotela.

I tutaj dochodzimy do w zasadzie jedynego mankamentu Sicario, czyli długo wyczekiwanego momentu rozładowania tego narastającego poczucia zagrożenia (budowanego także przez jak zwykle wspaniałe zdjęcia Rogera Deakinsa). Dla wielu będzie ono mało satysfakcjonujące, ale nie dlatego, że scenarzysta nie wykazał się tutaj inwencją; nie, powodem jest ogromny kontrast pomiędzy środkami stylistycznymi użytymi do zbudowania napięcia, a tym, jak szybko i beznamiętnie ta emocjonalna bomba zostaje rozbrojona.

Z drugiej strony, znając ekranową wrażliwość Villeneuve’a, nie zdziwiłbym się, gdyby ten zabieg był jak najbardziej umyślny. Skoro w ekranowym świecie główna bohaterkam jak bardzo by się nie starała, nie ma szans na odnalezienie satysfakcji, wydaje się sprawiedliwym, by wymęczonego widza na koniec seansu zostawić na sali z tym samym uczuciem.

(2 x KLAPS! =  całkiem dobry film)

 

Źródło: IMDb, materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.