STAR WARS. KONIEC I POCZĄTEK: KRES IMPERIUM

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Autor: Chuck Wendig
Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 25 październikaa 2017
Liczba stron: 480
Cena: 33,99 (okładka miękka)

Wstałem dziś przed piątą (tak, rano), dzięki czemu wreszcie miałem okazję skończyć czytać to opasłe tomiszcze, zanim wstały moje rozkrzyczane dzieciątka. I tak jak pierwsza część trylogii Chucka Wendiga o okresie po zniszczeniu drugiej Gwiazdy Śmierci nie za bardzo przypadła mi do gustu (recka tutej), druga wygrała mnie pogłębieniem relacji wewnątrz ekipy rebeliantów skupionych wokół kapitan Norry Wexley, to czytanie trzeciej było już czystą przyjemnością.

Na przestrzeni dwóch poprzednich tomów Wendig ewidentnie się wyrobił i tutaj brak już tej służalczości, którą można było odczuć wcześniej, kiedy autor łączył swoich bohaterów z perypetiami tak ważnych postaci świata Star Wars jak Han, Leia i Chewbacca (kiedy nasi bohaterowie w drugim tomie wyzwalali rodzinną planetę tego ostatniego spod imperialnej okupacji). W części trzeciej każdy z członków ekipy Norry ma już wyrobioną pozycję tak u czytelnika, jak i wśród kierownictwa nowej republiki, i ten status przekłada się na bardziej bezkompromisową fabułę, gdzie nie marnuje się już czasu na zbędną ekspozycję i jakieś umizgi do fandomu, ale pozwala się bohaterom tej trylogii być front & center, a nie tylko dodatkiem do otoczenia Skywalkerów.

To powiedziawszy, należy zaznaczyć, że jedną z najciekawszych postaci trzeciego tomu jest nikt inny jak sama Mon Mothma, ale to dlatego, że żadna z postaci Star Warsów tak dobrze nie oddaje tego, co Wendig chce nam przekazać w tym tomie. Prowadząc nas do historycznej bitwy na Jakku, gdzie Imperium zebrało ostateczne bęcki, Wendig bardzo sugestywnie kontrastuje skuteczność imperialnej dyktatury z niemocą odradzającej się Republiki, sugerując, że to zwycięstwo w dłuższej perspektywie może jednak okazać się pyrrusowe (czego dowodzą wydarzenia nowej trylogii, którą teraz oglądamy w kinie). Bo choć demokracja niby wygrała, Galaktyczny Senat pierwsze, co pokazuje, kiedy kierownictwo Imperium leży i kwiczy, to jak łatwo jest ograniczyć decyzyjność instytucji, kiedy zamiast o wspólnym dobru myśli się o partykularnych korzyściach każdego ze światów. Nim Mon Mothma zdoła przekonać senat do zadania przegrupowującemu się Imperium ostatecznego ciosu, dwa razy stanie się celem zamachu i niemalże straci przywództwo na rzecz politycznego oponenta, który tylko czeka, żeby wskoczyć na jej miejsce.

Bardzo fajnie się to czyta, nawet jeżeli jest się przyzwyczajonym do poprzedniej, już niekanonicznej wersji tego, co działo się po wydarzeniach Powrotu Jedi. Ekipa Norry to trochę taki rewers załogi Ghosta ze Star Wars Rebels, więc – kto wie – może kiedyś Disney też da im własny serial (tym bardziej, że teraz jest w potrzebie nowego kontentu do swojego serwisu streamingowego). Do tego czasu mamy książki Wendiga, których przeczytanie mimo wszystko polecam, bo choć Koniec i początek start miał taki se, z czasem nabrał tempa na tyle, by w swojej trzeciej odsłonie, być już w pełni satysfakcjonującą i całkiem niegłupią powieścią ze świata Gwiezdnych wojen.

(2 x KLAPS! = całkiem dobra książka)

Źródła: materiały wydawnictwa

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.