STRANGER THINGS

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

stranger-things

Stany Zjed., 2016, 8 x 60-70 min.
Producenci wykon.: Matt i Ross Duffer
Dystrybucja: Netflix

W swojej drugiej dekadzie XXI wiek nadal nie pozbył się umiłowania do artefaktów kultury lat 80. U nas moda na PRL trwa w najlepsze (nawet jeżeli głównie w tekstyliach), podczas gdy świat zachodni i w muzyce, i w filmie nadal przetwarza ejtisowe tropy. Kino nie tylko ciągle proponuje nam wariacje na temat serii, które największe sukcesy święciły w dekadzie tapirów i synthpopu (tylko w samym 2016 r. mieliśmy już spinoff Rock’ego i reboot Ghostbusters), ale wręcz próbuje odtwarzać klimat zeitgeistu tamtej epoki. W 2011 r. J.J. Abrams, największy epigon Kina Nowej Przygody, złożył hołd wczesnym filmom Stevena Spielberga w swoim Super 8, w zeszłym roku Netflix odtworzył atmosferę amerykańskich letnich kolonii tamtego okresu w kontynuacji Wet Hot American Summer (2001), a na polską premierę nadal czeka list miłosny Richarda Linklatera do młodzieżowych komedii lat 80. (Everybody Wants Some!). Długo jednak przyjdzie nam czekać na produkcję, która tęsknotę za ejtisami przekuła w coś tak naszpikowanego odwołaniami, jak niespodziewany hit Netfliksa, Stranger Things.

Nawiązań do kina lat osiemdziesiątych w autorskim projekcie Matta i Rossa Dufferów jest bez liku: od klasycznych horrorów (Lśnienie, Coś, Koszmar z Ulicy Wiązów) po wszystko, co najlepsze z katalogu legendarnej firmy producenckiej Amblin (Poltergeist, Bliskie spotkania trzeciego stopnia, The Goonies i, przede wszystkim, E. T.). Niejaki Ulysse Theveron zrobił świetne porównanie Stranger Things z inspiracjami serialu (poniżej), ale jeżeli jeszcze nie widzieliście wszystkich ośmiu odcinków pierwszej serii, lepiej przeskoczcie do następnego akapitu, by ominąć spoilery.

Z wszystkich inspiracji braci Duffer wpływ tego, co w latach osiemdziesiątych tworzono w firmie Stevena Spielberga, Kathleen Kennedy i Franka Marshalla, jest najbardziej odczuwalny w Stranger Things. W serialu Netfliksa, podobnie jak w praktycznie każdym filmie Spielberga z tamtej ery, na niebezpieczeństwa świata dorosłych patrzymy z perspektywy dziecka, a grupa młodych bohaterów serialu (Gaten Matarazzo, Caleb McLaughlin, Finn Wolfhard, Noah Schnapp i zjawiskowa Millie Bobby Brown) okazuje się dużo ciekawsza i bardziej zaradna od ich zblazowanych rodziców.

Ten Spielbergowski motyw nie jest jednak odgrywany tutaj odtwórczo, bo to co odróżnia Stranger Things od chociażby dosyć służalczego Super 8 Abramsa, to brak chęci emulacji tamtych wzorców dla samej nostalgii za filmami studia Amblin. U podstaw sukcesu serialu braci Duffer leży to, że korzystając ze znanych tropów, potrafi stworzyć opowieść, która angażuje widza ciekawą intrygą i fenomenalnym aktorstwem, szczególnie w wydaniu nieznanych dziecięcych aktorów. Świetnym pomysłem okazało się także zatrudnienie w drugoplanowych rolach gwiazd przełomu lat 80. i 90 – Winony Ryder (Sok z żuka, Edward Nożycoręki) i Matthew Modine’a (Full Metal Jacket, Pacific Heights). Raz, że to po prostu utalentowani aktorzy, którzy robią tutaj naprawdę dobrą robotę, dwa, że dzięki skojarzeniom z kinem tamtego okresu, ich obecność urzeczywistnia tutaj świat przedstawiony. Ejtisowego klimatu dopełnia charakterystyczna sentyzatorowa oprawa muzyczna całkiem współczesnego zespołu Survive, która brzmi jak najlepsze rzeczy, które John Crapenter w latach 80. pisał do swoich horrorów.

Efekt końcowy jest dosyć paradoksalny, bo choć bracia Duffer stworzyli świat Stranger Things głównie z dobrze rozpoznawalnych motywów popkultury lat 80., serial ten zdobywa serca widzów przede wszystkim swoją autentycznością. Nie ma tu żadnej sztuczności, odczuwalnej kalkulacji po stronie twórców, tak charaktersytycznej dla projektów starających się na siłę odtwarzać przebrzmiałą już stylistykę. Za samo to serialowi braci Duffer należy się 8 godzin uwagi każdego, kto przestał już wierzyć, że kultura remiksu, w której przyszło nam żyć, może jeszcze nas czymś pozytywnie zaskoczyć.


(1,5 x KLAPS! = bardzo dobry serial)

 

Źródła: materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

2 komentarze

  1. GandalftheRainbow pisze:

    Recka przeczytana. Zgadzam się w 100%, zwłaszcza z autentycznością serialu. Niby wszystko już było, ale jest coś szczerego w tych bohaterach, ich przeżyciach i całej historii. Świetne też jest to, że nie ma żadnych przestojów – bohaterowie są inteligentni i szybko dochodzą do wniosków.

    • Anonim pisze:

      Fajnie, że zrobili casting głównie wśród mało znanych aktorów – dzięki temu łatwiej w to wszystko uwierzyć. Gdyby na ekranie były same znane twarze, pewnie nie oglądałoby się tak dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.