STRAŻNICY GALAKTYKI

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

(Guardians of the Galaxy)
Stany Zjed.2014, 121 min.
Produkcja: Kevin Feige, David J. Grant i inni
Reżyseria: James Gunn
Scenariusz: Nicole Perlman, James Gunn
Zdjęcia: Ben Davis
Muzyka: Tyler Bates
Montaż: Fred Raskin, Hughes Winborne, Craig Wood
Kostiumy: Alexandra Byrne
Scenografia:Charlew Wood
Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Bradley Cooper, Dave Bautista, Vin Diesel, John C. Reilly, Lee Pace, Glenn Close i inni
Dystrybucja: Disney

FADE IN: Gdy w 2008 r. Marvel podejmował ryzyko, by po raz kolejny spróbować przenieść na ekrany jeden z ich tytułów (Iron Man), nikt nie sądził, że sześć lat później filmy o bohaterach komiksów amerykańskiego wydawcy będą jednymi z najbardziej kasowych produkcji nowego tysiąclecia. Cierpiętniczy Batman i Superman od Detective Comics grzali w kinie miejsce już od dawien dawna, ale to właśnie dzięki ekranizacjom Marvela film superbohaterski trafił do naprawdę szerokiej publiczności, proponując połączenie wyrazistych, na wskroś ludzkich postaci, inscenizacyjnego rozmachu oraz dosyć oryginalnego tonu opowieści – o niebo lżejszego niż to, do czego pryzwyczaiły nas ekranizacje komiksów DC (nieco bardziej „dorosła” druga część Kapitana Ameryki jest tu wyjątkiem potwierdzającym regułę). Gwarantem sukcesu filmów studia okazała się zmyślna strategia fabularnego łączenia kolejnych obrazów, która kazała widzom wracać do kin, by poznać ciąg dalszy historii o perypetiach wciąż rozrastającej się galerii obrońców naszego świata. Rozpisany na fazy przez producenta Kevina Feige’a projekt przedstawiania na ekranie rozległego unwersum Marvela właśnie dotarł do dziesiątej odsłony i z tej okazji studio postanowiło pokazać nam, co się stanie, gdy ze swoją historią wyjdą poza granice naszego układu gwiezdnego.


Bardzo chciałem, żeby Strażnicy galaktyki Jamesa Gunna okazali się najlepszym filmem Marvela. Szanse były duże: po pokazach przedpremierowych w USA do netu wylały się peany od szczęśliwców, którzy obejrzeli film wcześniej niż inni – zachwycano się, że świetnie zrealizowany, pełen humoru, ze zjawiskowym scenariuszem i galerią ciekawych postaci; no po prostu Marvel idealny. Niestety tylko część z tych obserwacji okazała się mieć zakorzenienie w rzeczywistości.
 
Jest w Strażnikach scena, która świetnie opisuje to, czym ten film jest: po dobrze wykonanym zadaniu Star-Lord (Chris Pratt), przywódca tytułowej ekipy bohaterów z przypadku, pyta resztę zespołu, co w następnej kolejności powinni zrobić („Something good? Something bad? A bit of both?”). Prawidłową odpowiedzią okazuje się ta ostatnia sugestia, i taki też jest jest cały film Gunna – zbyt typowy dla produkcji ze stajni Marvela, by się jakoś specjalnie nim zachwycać i jednocześnie posiadający w sobie zbyt wiele dobrego, by tak po prostu spisać go na straty (czyt. przyrównać do Iron Man II).
Jako że jest to dziesiąty film Marvela, poniżej znajdziecie 10 powodów, dla których do Strażników  galaktyki mam stosunek taki a nie inny – 5 bezsprzecznych pozytywów i 5 elementów, które sprawiają, że cieszenie się tym filmem staje się nieco problematyczne.
 
Zacznijmy od tego, co dobre:
1. Marvel bawi się w space-operę.
Już przy drugim Thorze widać, było, jak wielkie ciągoty Kevin Feige ma do Gwiezdnych wojen. Po skokach po różnych wymiarach w poprzednich filmach studia przejście do formuły łotrzykowskiego SF w Strażnikach wypada całkiem naturalnie, robiąc z nowej produkcji Marvela zgrabne połączenie tego, co najlepsze u Lucasa i, przede wszystkim, Jossa Whedona i jego Firefly. (Nie bez powodu Nathan Filion – gwiazda tej ostatniej serii – gra tutaj epizod).

 


2. Duet Rocketa i Groota.
Wygenerowani komputerowo gadający szop-psychopata i jego ochroniarz chodzące drzewo – czy w filmie aktorskim to połączenie może „zagrać” na ekranie? Ano może, gdy głosu postaciom użyczają Bradley Cooper i Vin Diesel, a dialogi między nimi polegają na tym, że pierwszej postaci japa po prostu się nie zamyka, a druga wciąż powtarza jedno i to samo zdanie, całą treść wyrażając modulowaniem głosu. Niecodzienna to  para, ale chemii nie można im odmówić; nie dziwota, że Groot i Rocket już teraz zostali ochrzczeni nowymi Hanem Solo i Chewiem.

 


3. Reżyseria: James Gunn.
Wybór człowieka od Robali i Super na współscenarzystę i reżysera Strażników galaktyki niektórym mógł się wydawać ryzykowny, ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Niegdysiejszy pracownik niesławnej wytwórni Troma postarał się, by 10. film Marvela  – przy całym korporacyjnym wręcz poukładaniu całego projektu pod względem struktury – miał lekko szalone postaci i takie też fabularne wtręty (patrz: scena po napisach, w której powraca bohater uniwersum Marvela, którego ostatni raz na ekranie mogliśmy oglądać w 1986 r.). Na estetykę rodem z Toksycznego mściciela nie ma tutaj co liczyć, ale Gunn na pewno poszedł nieco dalej w ekranowym humorze Marvela. A już na pewno żaden film studia będącego własnością Disneya nie ma takiej ilości żartów z penisem w tle.

 


4. Drugi plan daje radę.
Dziwna rzecz – największymi atrakcjami Strażników galaktyki okazują się nie Zoe Saldana, Chris Pratt czy Lee Pace, ale aktorzy charakterystyczni zaludniający dalsze plany. Oprócz wcześniej wspomnianych Coopera i Diesla, bardzo miło zaskakują Michael Rooker jako przyszywany ojczym głównego bohatera oraz policjant Johna C. Rilleya, który w tej kosmicznej farsie odnajduje się jak ryba w wodzie. Jednak największym zaskoczeniem filmu jest zapaśnik Dave Bautista, który jako Drax udowadnia, że nie tylko potrafi zagrać osiłka szukającego zemsty za śmierć swojej rodziny, ale ma wyczucie komediowe równie dobre, co weterani ekranu, z którymi przyszło mu dzielić ekran.

 


5. Odniesienia do popkultury II połowy XX w.
Smutną prawdą dzisiejszego świata jest to, że filmy takie jak ten powstają głównie dla nastolatków. To do ich wyobraźni najmocniej przemawiają obrazy i dźwięki w kinowej sali, to oni chcą i mają czas na to, żeby częściej niż dorośli chodzić do kina (chociażby po to, by mieć wolne od krytycznego, kontrolującego spojrzenia rodziców). Będąc rozrywką głównie dla nastolatków, współczesne hollywoodzkie filmy wakacyjne muszą być robione tak, by pozostawać czytelne dla kogoś, kto urodził się już po roku 2000. Strażnicy galaktyki zdają się całkiem nie respektować tej zasady i ku uciesze starszej widowni serwują nam odniesienia, które dla większości młodziaków mogą okazać się niejasne (m.in. nawiązania do osób takich jak John Stamos, Kevin Bacon i Footloose, czy wcześniej wspomniany ukłon dla całkiem zapomnianej postaci w stingerze po napisach). To wszystko nie jest robione po to, by broń boże kogokolwiek alienować, a wywiedzione jest z fabuły filmu: główny bohater został uprowadzony z Ziemi pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy on sam był jeszcze dzieckiem, więc siłą rzeczy porównania, jakimi operuje pochodzą z lat 80. (podobnie jak słynna już składanka, której słucha na wiekowym, kasetowym walkmanie). Jest w tych wszystkich anachronicznych odniesieniach fajna doza nonszalancji i sprzeciwu wobec paueryzacji materii kinowej, a numer taneczny ilustrowany muzyką Jackson Five to prawdopodobnie najlepsza scena w całym filmie. Gdy ją zobaczycie, będziecie wiedzieć, o czym mówię.

 

A teraz ta mniej przyjemna część:
6. Żenująco wątli przeciwnicy.
Jeżeli myślicie, że przy drugim Thorze Marvel dał ciała z czarnymi charakterami, Strażnicy zawiodą was jeszcze bardziej. Lee Pace jako Ronan – główne nemesis naszych bohaterów – wydaje się całkiem niewykorzystany, a czas ekranowy, który dostał jest tylko niewiele dłuższy od tego, który dano szumnie reklamowanym występom Thanosa (Josh Brolin) i Kolekcjonera (Benicio Del Toro) – a ich obu w filmie jest tyle, co nic. Poważny to błąd, bo nie od dziś przecież wiadomo, że film superbohaterski jest tak dobry jak dobrym adwersażem dla głównego bohatera jest jego przeciwnik.
 
 
 
7. Zbyt mało czasu na dotarcie się tytułowego zespołu.
Strażnicy galaktyki to historia grupy kosmicznych wyrzutków, początkowo wrogo do siebie nastawionych, którzy zjednoczeni wspólnym wrogiem, łączą siły, by stworzyć zgrany zespół. Zgodnie ze znanym od wieków schematem początkowe animozje i tarcia charakterów z czasem zastępuje zrozumienie potencjału drzemiącego w różnicach pomiędzy członkami grupy i koniec końców wykorzystanie go, by pokonać zagrożenie. Z tego schematu po części korzystano w Avengers i ma on zastosowanie także tutaj. Problem w tym, że historia tworzenia zespołu Avengers trwała pięć filmów, a tu Star-lordowi, Draksowi, Rocketowi, Grootowi i Gamorze dana jest trochę więcej niż godzina, by się nam przedstawić, wzajemnie znienawidzić, pójść po rozum do głowy, zawiązać komitywę i stworzyć sprawnie działają grupę. Trochę mało, żeby wypadło to przekonująco.
 
 
 
8. Muzyka Tylera Batesa. Jednym z najciekawszych nośników wrażeń estetycznych w Strażnikach jest anachroniczny kontrast pomiędzy kosmiczną scenografią, a kolekcją amerykańskiego popu z lat 60. i 70., którego słucha główny bohater (ten miks jest jedyną pamiątką po jego mamie). Rzadko kiedy zdarza się, żeby taka muzyka ilustrowała sceny w sztafażu space opery, i w Strażnikach to zestawienie na pozór niekompatybilnych estetyk wypada świetnie. Gorzej z resztą muzyki ilustracyjnej, za którą odpowiada stały współpracownik Gunna, Tyler Bates. Wklejanie do bólu typowej muzyki filmowej w obraz, który może poszczycić się tak eklektyczną ścieżką dźwiękową, musi przynieść nieciekawe skutki, i tutaj tak właśnie jest.
9. Chris Pratt jako aktor niosący cały film.
Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko Prattowi jako aktorowi – chłop ma wygląd, ma ekranową charyzmę, ma ten czar wiecznego dziecka (który kobiety tak kochają), a swoją robotę tak tu, jak w serialu Parks & Recreation wykonuje profesjonalnie. To czego Pratt nie ma, to ten pierwiastek, który pozwala unieść cały film na swoich aktorskich  barkach. Bardzo chciałbym, żeby Pratt na ekranie był tak czarującym zawadiaką jak Harrison Ford za czasów pierwszych części Indiany Jonesa, ale niestety nie jest. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
10. To bardziej kolejny element układanki niż osobny film.
Marvel leci w kosmos – od filmu opartego na takim założeniu można było oczekiwać wszystkiego, ale nie tego, że będzie dosyć odtwórczym nośnikiem elementów, które swoje piętnaście minut będą miały dopiero w kolejnych filmach studia (patrz: Thanos, który będzie pociągał za sznurki przez przynajmniej kolejnych kilka filmów). Strażnicy galaktyki – zamiast być odstępstwem od schematu, który nam obiecywano – radośnie powielają inscenizacyjne pomysły, które widzieliśmy w każdym wakacyjnym filmie SF w ostatnich latach (z W ciemność. Star Trek i Thor: Mrocznym światem jako głównymi inspiracjami). No bo ile razy można kończyć film kolosalnym statkiem spadającym na miasto? Za dużo tu naprawdę fajnych pomysłów, żeby całość kończyć tak bloeśnie wyświechtanym motywem.

Strażnicy galaktyki są OK – ale tylko OK. Trochę szkoda.

(2,5 x KLAPS! = prawie dobry film)

FADE OUT: Swoją drogą trudno uwierzyć, że to już dziesiąty film Marvela. Dziesiąty w ciągu sześciu lat? Szacunek.

Źródła: materiały dystrybutora, Collider, Twitter
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

5 komentarzy

  1. Szanowny kolego Klapsie :)<br /><br />Mam w zwyczaju czytać twoje komentarze z wielką uwagą i przyjemnością oraz, co najdziwniejsze, zgadzam się z nimi w zupełności. Dziś jednak pokuszę się o obronę Strażników. Uznałeś go za PRAWIE DOBRY FILM, z czym nie mogę się zgodzić. Moim skromnym zdaniem, nie jest to arcydzieło – co do tego nie ma wątpliwości – natomiast jest to chyba jeden z najlepszych

    • KLAPS! pisze:

      No i taki komentarz to ja rozumiem :)<br />Pozwolisz, że odrazu przejdę do repliki konkretnych argumentów.<br />6) Nie zgodzę się, że w filmie udało się pokazać potęgę czarnych charakterów – Thanos, który miał być tutaj zakulisowym mastermindem wszystkiego, nic tylko siedzi na tym tronie i tylko snuje wizje potęgi (a tak naprawdę do tej pory zrobił tyle, że nie ma jeszcze ŻADNEGO infinty stone –

  2. /PS przed tekstem. JAK DOBRZE ŻE MAM NAWYK KOPIOWANIA TEGO CO NAPISAŁEM. Komentarz się wysypał za pierwszym razem….<br /><br />Marvel tym filmem zjednał sobie nowych fanów. Bo tak jak na przykład ja – żygający wszystkimi tymi wymoczkami w obcisłych strojach z lajkry (tak, to o Andrew Garfieldzie), tak tutaj poczułem się jak podczas seansu Indiany Jones, na którym to byłem w kinie (i nie piszę

    • &quot;A w scenie po napisach i postaci o której piszesz, to panowie od modellingu nie odrobili lekcji. Wygląda zupełnie inaczej niż ta z lat 80-tych.&quot;<br />Ale wygląda jak w oryginalnych komiksach. Mam wrażenie, że wersja z lat osiemdziesiątych to był kompromis z niedostatecznym poziomem efektów specjalnych.<br /><br />Motyw z tańcem był świetny. Nie dość, że zabawny, to jeszcze w świetle

    • W latach 80-tych po prostu posiłkowali się niziołkami i charakteryzacją. Komiksowego pierwowzoru nie znam. Muszą się więc zdecydować Albo realizują wizje scenarzystów komiksowych, albo odnoszą się do postaci filmowej z lat 80-tych 🙂 Wydaje mi się więc że lepszym wyborem byłby ukłon w stronę &quot;starszych&quot; widzów.<br /><br />Zostanę przy swoim z tańcem. Tak jak przez cały film czułem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.