ARTYSTA

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

(The Artist)
Belgia/Francja/Stany Zjed. 2011, 100 min.
Reżyseria: Michel Hazanavicius
Dystrybucja: Forum Film

Ostatnimi czasy trudno o tydzień bez kolejnych nominacji do nagród dla Artysty Michela Hazanaviciusa. Poniedziałkowa wygrana filmu aż w siedmiu kategoriach podczas corocznych laurów rozdawanych przez Brytyjską Akademię Sztuk Filmowych i Telwizyjnych (BAFTA) wpisuje się w długą listę wyróżnień i ukłonów dla tej czarno-białej wycieczki do Hollywood lat 20. zeszłego wieku. Co stoi za krytycznym sukcesem programowo niedzisiejszego Artysty?

Treściowo mamy tu do czynienia z amalgamatem Narodzin gwiazdy (1932) Wellmana i Deszczowej piosenki (1952) Donena i Kelly’ego: gwiazdor kina niemego George Valentin (Jean Dujardin) przypadkiem inicjuje ciąg wydarzeń, który w niedługim czasie winduje na szczyty sławy Peppy Miller (Berenice Bejo), rozkochaną w nim statystkę. Gdy Peppy zyskuje coraz większą popularność w kinie dźwiękowym, gwiazda nieprzekonanego do nowego formatu Valentina zaczyna szybko gasnąć. Wgłębiać się dalej w fabułę nie ma co (jako że za bardzo nie ma w co), bo bezwstydnie ograna historia jest tutaj dokładnie tym, czym twórcy chcą, żeby była dla widza – idyllicznym wspomnieniem innej ery kina i fabularnym pretekstem do rozpoczęcia filmowej igraszki z estetyką, która wszystkim kojarzy się z czasami, kiedy film był rozrywką rozczulająco naiwną, bez cienia wyrachowania (co, swoją drogą, jest skojarzeniem całkiem mylnym).

Artyście termin „zabawa w kino” zyskuje znamiona w sztuki. W odtwarzanie rozwiązań inscenizacyjnych, ustawień kamery, sposobów gry aktorskiej i mód z przełomu lat 20. i 30. twórcy wkładają tyle serca, że z czasem przestajemy myśleć o tym, że mamy do czynienia z genialną fałszywką i zaczynamy traktować Artystę jak niemożliwe znalezisko z archiwum filmu niemego. 
Nagrody za Artystę zdążyli już zebrać chyba wszyscy zaangażowani w produkcję obrazu (włącznie z sympatycznym psem głównego bohatera), i trudno się dziwić – Hazanaviciusa nabożne traktowanie tego przełomowego momentu w historii kina przekłada się na rzemieślniczą precyzję i emocjonalne zaangażowanie całego zespołu współpracowników. Dujardin – główny bohater całego tego zamieszania – nie jest w Artyście jedynie współczesnym aktorem odgrywającym ekranowego amanta z czasów świetności Rudolfa Valentino: on w tym filmie nim rzeczywiście jest – w każdym staroświeckim geście, zalotnym spojrzeniu i szarmanckim uśmiechu. Oby francuski aktor w Hollywood nie skończył jak każdy utalentowany cudzoziemiec – grając bondowskie szwarccharaktery.

Nie ma się co okłamywać: czarujący Artysta to perfekcyjnie wykonane zadanie z emulacji eleganckiego kształtu i prostolinijnego ducha dawno minionej epoki kina – aż i jedynie. Tym pięknym hołdem dla amerykańskiego kina Francuzi zagrali Hollywood na uczuciach jak mało kto – trudno się dziwić, że anglosaski świat obsypuje ich za to nagrodami.



(2 x KLAPS! = całkiem dobry film)

Żródła: Stopkaltka, IMDb, Funny or Die, materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.