IMMORTALS. BOGOWIE I HEROSI

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

(Immortals)
USA, 2011, 111 min.
Reżyseria: Tarsem
Dystrybucja: Monolith

Wygląda na to, że od kilku lat przygoda spod znaku miecza i sandałów w Hollywood znów jest w cenie – bodajże po raz pierwszy od czasu, kiedy w 2000 r. Ridley Scott Gladiatorem dał gatunkowi drugą młodość (a Oliver Stone zaledwie cztery lata później odebrał mu ją przekombinowanym Alexandrem). Popadła w niełaskę producentów formuła powróciła w 2006 r. wraz z 300 Zacka Snydera, filmową adaptacją komiksu Franka Millera o bitwie pod Termopilami. Jako że ten wstydliwie homoerotyczny epos o braterstwie broni przyniósł ponad czterysta pięćdziesięciomilionowe wpływy (przy sześćdziesięciopięciomilionowym budżecie), mitologie i podania ludów basenu Morza Śródziemnego i Azji Mniejszej wróciły na producencką tapetę. Rok 2010 dał nam odświeżone przez Louisa Leterriera Starcie Tytanów i adaptację serii popularnych gier wideo Książe Persji w wydaniu Mike’a Newella. W tym roku wracamy na Olimp dzięki Tarsemowi Singhowi – twórcy Celi (2000) i Magii uczuć (2006).

Kto zna  skromną twórczość reżysera (w chwili obecnej ma on na koncie zaledwie trzy pełne metraże), ten wie, że Tarsem to esteta jakich mało – do tego stopnia, że w swoich filmach fabularnych zdaje się być całkiem niezainteresowany… fabułą. Poklejone od biedy wątki i mechanicznie prowadzone postaci wynagradza zapierającą dech w piersiach warstwą wizualną filmów: pieczołowicie wycyzelowanymi zdjęciami, przytłaczającą rozmachem scenografią i barokowymi wręcz kostiumami. Nie inaczej jest w Immortals: pretekstem do uczty dla oczu jest tym razem misja króla Hyperiona (Mickey Rourke), który z niewiadomych powodów pragnie przeciwstawić się bogom Olimpu, wypuszczając na wolność uwięzione w górze Tartar zastępy Tytanów. By tego dokonać, potrzebuje położyć łapę na Łuku Epirusa – potężnej broni, tajemnicy której chroni wyrocznia Fedra (Freida Pinto). Traf chce, że wycinając w pień kolejną wioskę na drodze do wyroczni, Hyperion zabija matkę Tezeusza, chłopa naznaczonego przez bogów (w tej roli przyszłoroczny Superman/Clark Kent – Henry Cavill). Tezeusz poprzysięga zemstę, wygodnym zbiegiem okoliczności spotyka Fedrę, zdobywa mityczny łuk… reszty możecie się domyślić.
Z ostatnich filmów gatunku miecza i sandałów treściowo Immortals najbliżej do Starcia Tytanów Leterriera (i tam, i tu śledzimy ewolucję Tezeusza od dobrodusznego kmiecia do zbawcy ludzkości), a formalnie – do 300 Snydera (zauważalne przeestetyzowanie kadru, bryzganie na lewo i prawo komputerową krwią, podobna zabawa przyspieszaniem/zwalnianiem szybkości odtwarzania obrazu). U Tarsema efekt połączenia najlepszych rozwiązań z obu produkcji  – całkiem wbrew zasadom starożytnej logiki – jest uboższy niż suma części składowych. Abstrahując od rażąco lekkiego podejścia twórców do samej kwestii mitów, w Immortals jedna nielogiczność goni drugą (Grecy żyli w domach wykutych w ścianie klifu? Naprawdę?), a poszczególne sceny wydają się istnieć wyłącznie po to, by przytłoczyć nas feerią rzeczywiście ciekawie skontrastowanych ze sobą kolorów. Patrzy się na ten ekranowy przepych z zachwytem, ale jako historię chłonie się to niestety jak libretto spisane starożytną greką. 
Jakby się uprzeć, Immortals można by potraktować jako popkulturową wersję Młynu i krzyża Majewskiego, w której to produkcji polski reżyser ożywił postaci z „Drogi do Kalwarii” Pietera Breugela starszego. Porównanie jest o tyle uzasadnione, że w obu filmach zainspirowani malarstwem twórcy próbują na ekranie animować klasyczne obrazy z historii sztuki europejskiej; no, z tą drobną różnicą, że Majewskiemu, przy półtoramilionowym budżecie, jak najbardziej udało się tchnąć życie w tajemnicze dwa wymiary rzeczonego płótna, a Tarsem nie jest w stanie poruszyć swoich ekranowych awatarów, mając do do dyspozycji 75 milionów dolarów, zaawansowaną technologię 3D i gotowy materiał źródłowy w postaci helleńskich mitów. I wina nie leży nawet po stronie aktorów: Cavill jako Tezeusz robi w zasadzie to, co robić powinien (jest wyrazisty, bohaterski i w swoim heroizmie przekonujący), Pinto jako krucha damulka w opałach w żadnym wypadku nie razi, a i Mickey Rourke z zauważalną satysfakcją wygrywa w Immortals to, czego nie dane mu było pokazać w drugim Iron Manie. Powód jest inny: reżyser najzwyczajniej w świecie nie jest zainteresowany tym, by konflikt i motywacje postaci prowadziły widza przez film – woli uwagę skupić na fikuśnych kostiumach i ciekawej palecie barw (swoją drogą, trzeba przyznać, że w obu tych rejonach pracę wykonano rzeczywiście tytaniczną). 
Jeżeli ktoś ma ochotę na zachwycającą wizualnie operę na motywach greckich mitów, dostanie to, za co zapłacił. Ci, którzy chcą poznać perypetie Tezeusza, lepiej niech sięgną po Parandowskiego.


(3 x KLAPS! = przeciętny film)

Źródła: Box Office Mojo, materiały dystrybutora 

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.