KOWBOJE I OBCY

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

(Cowboys and Aliens)
USA, 2011, 118 min.
Reżyseria: Jon Favreau
Dystrybucja: UIP

Dawno dawno temu, w samym środku gorączki VHS lat dziewięćdziesiątych XX wieku, w wypożyczalni wideo natknąłem się na amerykański film, który – jak się okazało – w ciekawy sposób łączył folklor stanu Nevada z fantastyką spod znaku ataku krwiożerczych obcych. Wstrząsy, bo tak w Polsce zatytułowano tę gatunkową hybrydę, opowiadały o dwójce współczesnych kowbojów (z humorem odgrywanych przez Kevina Bacona i Freda Warda), którzy wraz z mieszkańcami pustynnego miasteczka zmuszeni są odeprzeć atak prastarych, ogromniastych czerwi, które postanowiły posilić się populacją zakurzonej mieściny. Pamiętam, że ten gatunkowy mutant zdołał nawet jakoś przemówić do mojej nastoletniej wyobraźni, zapewniając wcale nietanią rozrywkę dzięki sprawnej żonglerce elementami komedii, SF i horroru, profesjonalnie wygładzonymi na potrzeby zadowolenia jak najszerszej widowni. Z podobnym podejściem do tematu rok temu Jon Favreau, papa filmowego Iron Mana, wraz ze Stevenem Spielbergiem, ojcem chrzestny tego typu gatunkowego miszmaszu, przystąpił do ekranizacji komiksu Cowboys and Aliens autorstwa Scotta Rosenberga, Freda Van Lente, Andrew Foleya, Dennisa Calero i Luciana Limy.

Arizona, rok 1873. Sponiewierany kowboj (Daniel Craig) budzi się na odludziu – bez pojęcia, kim jest i jak się tam znalazł, za to z futurystyczną obręczą przytwierdzoną do przegubu jego prawej dłoni. Gdy na zdobycznym koniu dociera do pobliskiego miasteczka Absolution, zostaje zidentyfikowany jako Jake Lonergan, jeden z członków bandy rabusiów odpowiedzialnej m. in. za kradzież złota pułkownika Dolarhyde’a (Harrison Ford) – majętnego ranczera, który kontroluje życie miasteczka. W niedługim czasie pojmany bohater jest świadkiem powietrznego ataku obcych, podczas którego tajemnicza obręcz na jego ręce okazuje się być pozaziemską bronią i jedynym środkiem zdolnym odeprzeć siły wroga.  By uratować pobratymców uprowadzonych przez przybyszy z kosmosu, płk. Dolarhyde i  Lonergan muszą zakopać wojenny topór i ruszyć w ślad za będącym w odwrocie wrogiem. Itp., itd., bla bla bla.
Nie jest tajemnicą, że Iron Man 2, poprzedni obraz Jona Favreau, nie należał do najlepszych filmów zeszłego lata, a jako kontynuacja tryskającej witalnością części pierwszej przygód milonera-wynalazcy nie sprawdzał się prawie wcale (przeładowany drugoplanowymi postaciami, bez wyraźnej stawki działań głównych graczy,  z denerwująco lekkomyślnym bohaterem, który najwidoczniej nie wyniósł żadnej lekcji z wydarzeń części pierwszej). Kowboje i obcy mieli być dla reżysera swego rodzaju odkupieniem po tamtej porażce – tak w oczach fandomu (w końcu to entuzjaści fantastyki stanowią gros jego widowni), jak i szeregowego widza głodnego wystawnej, wakacyjnej rozrywki. Niestety nim nie są.
Głównym powodem, dla którego ta dosyć swobodna ekranizacja komiksu wydawnictwa Platinum Studios nie zachwyca, jest nonszalancja z jaką twórcy podchodzą do tematu filmu. „Nonszalancja?” – pytacie. Pozwólcie, że wyjaśnię. Próbę sprzedania włodarzom Hollywoodu pomysłu na ten film wyobrażam sobie tak: po jednej stronie stołu szef studia Universal Ronald Meyer, po drugiej – właściciel praw do ekranizacji Steven Spielberg.
RONALD MEYER
…a ona wtedy nachyla mi się do ucha i mówi, że nie ma takiej rzeczy, której by nie zrobiła, żeby wystąpić w tym filmie. Ha ha!

(klaszcze w dłonie)

Co było dalej, możesz sobie dopowiedzieć.

No dobra, Stevie, do rzeczy. Co masz dzisiaj dla mnie?
 
STEVEN SPIELBERG
Lubisz filmy fantastyczno-naukowe, Ronnie?
 
RONALD MEYER
W twoim wydaniu – zawsze.
 
STEVEN SPIELBERG
A westerny?
RONALD MEYER
A czy papież chodzi w śmiesznej czapce? Oczywiście, że lubię. Kto nie lubi?
 
STEVEN SPIELBERG
No to mam dla ciebie dwa słowa, Ronnie: kowboje i obcy.


RONALD MEYER
Jak to dwa? Chcesz mi powiedzieć, że „i” nie liczy się jako słowo?
Kowboje – fajnie, obcy – też fajnie. Pomyli się jednak ten, kto sądzi, że wystarczy najzwyczajniej w świecie połączyć te dwa światy na ekranie, by uzyskać wartość przynajmniej równą sumie obu komponentów. Za tego typu gatunkowym mariażem musi stać spoiwo w postaci ciekawej historii (a nie przyczynowo-skutkowej grafomanii, wyglądającej jak praca dwunastolatka piszącego swoje pierwsze opowiadanie) i bohaterów z krwi i kości (a tutaj mamy tylko ograne ludzkie typy: mrukliwego jeźdźca znikąd, ranczera-autokratę, jego synalka-hulakę, uduchowionych Indian itp.) – o głębszej idei, czy idącej z tego wszystkiego nauki nawet nie marząc. Pławiący się w nowo nabytym statusie pierwszoligowca Favreau zdaje się takimi szczegółami głowy sobie nie zawracać. Hej, mam Bonda i Indianę Jonesa w jednym filmie – to nie może się nie udać!
Reżyser nie może także zdecydować się, dla kogo ten film tak na prawdę ma być. Z jednej strony bezwstydnie wykłada nam ekranie boleśnie kwadratowy scenariusz (co wśród pięciu autorów tej chałtury robi Damon Lindelof, główny scenarzysta Zagubionych, zastanawia się pewnie sam zainteresowany) i zaludniające go papierowe postaci (co mogłoby sugerować, że targetem jest tutaj wyrozumiały widz poniżej dziesiątego roku życia); z drugiej strony sceny zbrojnej konfrontacji Favreau nasyca brutalnością, która w nieskomplikowanym filmie dla dzieci nigdy by nie przeszła. W efekcie robi się z tego film dla nikogo: berbeci nie na żarty przestraszą nierzadkie elementy gore, a dorosłych odrzuci miałkość i przewidywalny charakter samej historii. Dodatkowo wszystko to pozbawione jest minimalnej dawki poczucia humoru, tak niezbędnej przy tego typu ryzykownych kolizjach gatunków, gdzie odczuwalny dystans twórców do niestworzonych wydarzeń na ekranie jest dla widza podporą w zawieszaniu zdrowego rozsądku.
Kowboje i obcy nie wnoszą niczego nowego ani do tradycji westernu, ani do kina fantastyczno-naukowego – są jedynie wymęczonym miszmaszem dwóch popularnych gatunków, z ciekawą scenografią Scotta Chamblissa (Star Trek, 2009), znośnie sfotografowanym przez Matthew Libatique’a (Czarny łabędź, 2010). Wstyd zarówno dla Spielberga, pełniącego tutaj rolę producenta wykonawczego, jak i bądź co bądź niezgorszych aktorów Harrisona Forda i Daniela Craiga. Jedno jest pewne: z kolejną filmową katastrofą w filmografii Jon Favreau następnym razem będzie musiał stworzyć coś naprawdę wyjątkowego, by na powrót zyskać zaufanie widowni.


(3,5 x KLAPS! = boleśnie średniawy film)


Źródła: Wikipedia, materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

4 Responses

  1. Anonymous pisze:

    Is is any better than "Undead or alive"?

  2. KLAPS! pisze:

    It's a whole different story with this one. While "Undead or alive" was a fun B-movie schlock, this is a nofun B-movie-guised-as-an-A-movie cashgrab.

  3. Anonymous pisze:

    3,5 klapsa dla autora "boleśnie średniawy film" co prawda jeszcze nie obejrzałem ale nic co ma w tytule obcy nie może być ani kiepskie ani średniawe a jak są jeszcze kowboje to na bank będzie odjazd.

  4. KLAPS! pisze:

    Kowboje ospali a obcy odtwórczy. 5 klapsów dla komentatora, który psioczy w komentarzach, a nawet nie pofatywgował się, żeby obejrzeć film:P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.