MROCZNY RYCERZ POWSTAJE

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

 

(The Dark Knight Rises)
Stany Zjednoczone, 2012, 164 min.
Reż. Christopher Nolan
Dystrybucja: Warner Bros.
W ciągu ostatniego ćwierćwiecza niewielu reżyserów może pochwalić się tak oszałamiającą karierą, jak ta, na którą przez ostatnich kilkanaście lat zapracował sobie Christopher Nolan (Incepcja, 2010). Serią trafnych decyzji Brytyjczyk w ciągu zaledwie ośmiu lat przeszedł od offowych miniatur do kręcenia dla braci Warnerów nowej wersji jednej z najbardziej popularnych serii w całej historii wytwórni. Odważny Batman-początek (2005) autorstwa Nolana pokazał, że bezkompromisowy retusz na popkulturowej ikonie może przynieść sukces zarówno artystyczny, jak i finansowy, co jeszcze mocniej wybrzmiało trzy lata później przy okazji Mrocznego Rycerza – współczesnego moralitetu w kostiumie wakacyjnej rozrywki, który na całym świecie zdołał zarobić ponad miliard dolarów. Reżyser Memento (2000) z każdym nowym filmem udowadnia, że ma talent i oryginalne pomysły, ale wydarzenia związane z jego twórczością pokazują, że jednego mu brakuje – mianowicie szczęścia. Mroczny Rycerz oceniany był przez pryzmat śmierci aktora Heatha Ledgera, dzisiaj kontynuację tego filmu przyćmiewa tragedia z zeszłego piątku, kiedy to dwudziestoczteroletni fan granej przez niego postaci z zimną krwią zastrzelił 12 osób podczas nocnego pokazu na przedmieściach Denver. Poniższa krótka recenzja ostatniej części trylogii Nolana – choć świadoma fatum, jakie zdaje się ciążyć nad jego Mrocznym Rycerzem – postara się docenić film za jego faktyczną treść i formę, bez narzucania taryfy ulgowej ze względu na atmosferę żałoby, która otacza obraz od czasu tragicznych wydarzeń 20 lipca br.

Mroczny Rycerz powstaje kontynuuje wątki z poprzedniej odsłony biografii Bruce’a Wayne’a (Christian Bale): osiem lat po uznaniu Batmana za przestępcę, samozwańczy obrońca Gotham nadal pozostaje w ukryciu. Od momentu, kiedy przyjął na siebie winę za morderstwa z ręki prokuratora Denta (jednocześnie oskarżony o jego zabójstwo), Batman i tak nie miałby zbyt wiele do roboty – uchwalona przez miasto Ustawa Denta pozwoliła komisarzowi Gordonowi (Gary Oldman) skutecznie oczyścić jego ulice z przestępczego elementu. W atmosferze sztucznego, zbudowanego na kłamstwie porządku Gotham wegetuje w typowo wielkomiejskim status quo: biedni biednieją, a bogaci wciąż się bogacą. Nie potrwa to długo – pogłębiające się podziały społeczne ma zamiar wykorzystać metodyczny terrorysta Bane (Tom Hardy), napuszczając jednych na drugich i konsekwentnie doprowadzając miasto do ruiny – zarówno w przenośni, jak i całkiem dosłownie. Wygląda na to, że Gotham znów potrzebować będzie swojego zamaskowanego obrońcy.
W 2008 r. Mrocznym Rycerzem Nolan ustawił sobie poprzeczkę nader wysoko – tak pod względem treściowej głębi, jak i skali samego widowiska. Żegnając się w Mroczny Rycerz powstaje z postacią, którą z takim sukcesem reanimował, próbuje zdeklasować sam siebie na każdym poziomie: wystawności obrazu, bogactwa jego tematyki i zawiłości opowiadanej historii. Dobrze jest mieć ambicje, ale w tym przypadku reżyser tak zawzięcie mocuje się sam ze sobą, że na ekranie dochodzi do auto-nokautu.
Chcąc odejść w wielkim stylu, Nolan przytłacza Mroczny Rycerz powstaje nadmiarem atrakcji. Wszystkiego jest tu za dużo: deklaratywnych, płytkich dialogów, topornych, wymuszonych nawiązań do wydarzeń z poprzednich części, a przede wszystkim wątków, które mają niby pogłębiać ogólny wydźwięk ostatniego rozdziału opowieści o Mrocznym Rycerzu, a tak naprawdę tylko niepotrzebnie gmatwają podstawową treść (czyli definitywne odkupienie Bruce Wayne’a po śmierci bliskich, jego drogę do normalności). Barokowo rozbudowany i – nie bójmy się tego słowa – niemądry scenariusz autorstwa braci Nolanów aż roi się od postaci, które – mimo tego, że same w sobie ciekawe – pojawiają tu tylko na chwilę. Kocia złodziejka Selina w wydaniu Anne Hathaway, choć nie umywa się do kreacji stworzonej u Tima Burtona przez Michelle Pfeiffer, wzbudza na tyle ciekawości widza, że jej wątek w zasadzie prosiłby się o rozwinięcie; występujący tu ledwo przez minutę, wygodnicki policjant Foley w ogólnym rozrachunku znaczy tak mało, że wcale nie musiał być odtwarzany przez aktora rangi Matthew Modine’a. Lucius Fox (Morgan Freeman), będący dla Wayne’a tym, kim dla Bonda od zawsze jest gadżeciarz Q, po raz kolejny ratuje bohatera technologią, bez której ten by sobie nie poradził, i… w zasadzie tyle. Komisarz Gordon – choć dostatecznie obecny pod względem czasu ekranowego – napisany został tak bez polotu, że Oldmanowi nie dane jest godnie pożegnać się z mądrą postacią, którą minimalistycznymi środkami subtelnie budował w dwóch poprzednich filmach.
Od biedy zdrowe proporcje zachowano tam, gdzie ma to największe znaczenie. Podobnie jak w dwóch poprzednich częściach emocjonalnym centrum w Mroczny Rycerz powstaje jest Alfred Michaela Caine’a i jego specyficzna relacja ze swoim chlebodawcą – brytyjski lokaj zastępujący Wayne’owi rodzinę to źródło ciepłego humoru, który rozładowuje napięcie generowane przez zawrotne tempo pogmatwanej historii, jak również motywacji dla sponiewieranego życiem miliardera, który własnoręcznie próbuje ratować miasto przed totalną zagładą. Na samego Bale’a też nie da się narzekać – w Mrocznym Rycerzu pozostawał w cieniu wybitnej kreacji Heatha Ledgera, ale tutaj dopilnowano, by miał co grać, a treść filmu była przede wszystkim historią jego postaci (dosyć głupawą, ale zawsze). A Bane? Cóż, Bane to nie Joker, a grający tu tylko głosem i spojrzeniem Tom Hardy to nie ta sama aktorska liga, co niegdyś śp. Ledger. Choćby nie wiem jaką sympatią darzył Hardy’ego reżyser po wspólnej pracy przy Incepcji, dobrze umięśniony Brytyjczyk okazał się  nienajlepszym wyborem na najgroźniejszego dotąd przeciwnika Batmana – zwalista postać zamiast przerażać, rozwesela melodią swojego zmodyfikowanego głosu i charakterystycznym, niespiesznym chodem zbyt pewnego siebie kulturysty.
Plus tej wymuszonej kontynuacji podyktowanej koniunkturą jest w zasadzie jeden – znów mamy możliwość popatrzeć na nolanowskie, współczesne Gotham. Prawdopodobnie najważniejszy współpracownik Nolana od czasu restartu przygód Batmana – autor zdjęć Wally Pfister – staje na wysokości zadania, dając nam najlepszy dotąd przykład swojego kunsztu. Rozwinąwszy skrzydła przy Incepcji, Pfister czaruje nas obrazami miejskiej destrukcji o intensywności, której pozazdrościć mógłby mu fotografujący Avengers Seamus McGarvey. W paradę wchodzi mu niestety Lee Smith, nadworny montażysta Nolana, który z odcinka na odcinek sceny tnie tak, że nic, co na ekranie, nie ma czasu dostatecznie wybrzmieć (nawet recyklingowana z Mrocznego Rycerza muzyka Hansa Zimmera wzbogacona o kilka ciekawych motywów). Z drugiej strony trudno się dziwić, że film został zmontowany tak fatalnie – w końcu w scenariuszu pomysłów mamy na co najmniej 5 godzin, a dla wersji kinowej trzeba je było zmieścić jakoś poniżej trzech.
Wszystko, co dobre (np. zafascynowany Batmanem policjant Josepha Gordon-Levitta, o którego postaci trudno dyskutować bez spoilerowania) i całkiem niedobre w ostatnim, opasłym rozdziale sagi Mrocznego Rycerza miesza się w nierównomierny sposób, tworząc napój, którym przypadkowy, niewymagający widz, owszem, może się przyjemnie zachłysnąć, ale już fan świadomy jakości dwóch poprzednich filmów będzie się nim konwulsyjnie dusił. W ostatecznym rozrachunku Mroczny Rycerz powstaje to wystawne, nieelegancko głupawe pożegnanie Nolana z Gotham i jego mieszkańcami. I choć po siedmiu latach przebywania w jego murach i widzowi łezka się w oku zakręci, krytycznych sentymentów nie będzie: na tle poprzednich części trzeci epizod to najbardziej widowiskowa, ale jednocześnie najbardziej niechlujna i wymęczona odsłona historii Mrocznego Rycerza. Czasem mniej znaczy więcej i szczerze wątpię, by Nolan na tym etapie kariery, z Warner Bros. realizującymi każdą jego zachciankę, był w stanie wrócić do tak prostego, pełnego pokory myślenia. 

(3 x KLAPS! = przeciętny film)
Źródła: materiały dystrybutora, YouTube, Box Office Mojo
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

4 komentarze

  1. Anonymous pisze:

    no nie wiem. ja bawiłem się dobrze, ale rzeczywiście za dużo tego wszystkiego.

  2. Ania pisze:

    eh nie zgadzam się, to było bardzo dobre zakończenie serii dobrze umotywowanych bohaterów, nie rozumiem też krytyki względem Bane'a, osobiście wolę jego niejednoznaczność niż psychozę Jokera 😉

  3. KLAPS! pisze:

    Główna krytyka wobec Bane'a polega na tym, że koniec końców jest on nikim innym tylko wykonującym rozkazy Talii generałem jej armii. Chłop przez cały film nic tylko głosi przemowy tym swoim melodycznym, przekomicznym głosem, który Nolan tak podbił pod względem głośności że ilekroć Bane ładuje kolejny monolog, brzmi to jakby mówił wprost, do głośników na ścianach kina (co tylko wzmaga sztuczny

  4. Anonymous pisze:

    Niestety, recenzja trafiona – film jako letni blockbuster jest OK, ale do Mrocznego Rycerza mu daleko. Bane jako glowny bad guy jest jednowymiarowy i zwyczajnie nudny – szkoda mi Hardy'ego: jego role z pomoca fachowcow od make-upu i dzwieku moglby zagrac naprawde kazdy. Pozostale postaci sa rownie plaskie (Caine smeci i pociaga nosem, Gordon-Levitt jest prawy i poczciwy, a Gordon to chyba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.