OBŁAWA

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page


Polska, 2012, 90 min.
Reż. Marcin Krzyształowicz
Dystrybucja: Kino Świat

Czy tego chcemy, czy nie, przyszło nam żyć w kraju ludzi ciągle targanych sprzecznymi uczuciami. Nie wiadomo, na ile winna jest temu nasza słowiańska dusza, a na ile ideologiczna schizofrenia, w której tkwimy od 1989 r., ale jak by nie było, z jednego emocjonalnego bieguna na drugi przeskoczyć potrafimy w rekordowo szybkim czasie. Przykład z ostatnich dni: najpierw z pianą na ustach szukamy winnych powstania naturalnego basenu na Stadionie Narodowym, a mniej niż dobę później remis z Anglikami i wysyp sarkastycznych memów napełnia nasze serca radością i spokojem. Nie inaczej w naszym przemyśle filmowym: tydzień temu do kin wprowadza się kompromitującą „superprodukcję”, która polską historię traktuje, delikatnie mówiąc, z przymrużeniem oka; nie dowierzając w to, co widzimy na ekranie, jedziemy po filmie aż miło i głośno dopytujemy się, kto w Państwowym Instytucie Sztuki Filmowej zarządził, by powstanie tego potworka dofinansować z naszej kieszeni.
I tak dla równowagi dzisiaj do kin wszedł film, po którym przewiduje się całkiem odmienne reakcje – produkcja również wojenna, ale dla kontrastu taka, z której wszyscy możemy być dumni.

Skąd ta pewność? A to proste akurat: dawno w Polsce nie było filmu, który poruszając temat drugiej wojny światowej i żołnierzy AK (zawsze emocjonujący Rodaków skorych do historycznych rozliczeń), robiłby to tak niejednoznacznie i z tak ciekawym ekranowym efektem.

Niekonwencjonalność Obławy najlepiej oddaje już sam prolog filmu, w którym obserwujemy sylwetki dwóch mężczyzn idących przez jesienną scenerię lasu gdzieś w górach Małopolski. Rozmawiają o piłce nożnej, klubowych sympatiach, przekomarzają się, napastnik której drużyny jest najlepszy. Nic nie wskazuje na to, że jeden z nich właśnie prowadzony jest na egzekucję.

Rolę egzekutora odgrywa kapral Wydra (Marcin Dorociński), partyzant oddelegowany do wykonywania wyroków śmierci na Niemcach i polskich kolaborantach. To on i jego zmęczone spojrzenie poprowadzą nas przez tę karkołomnie opowiedzianą historię o ludziach zdradzanych i zdradzających, podejmujących niełatwe moralnie decyzje, by przeżyć lub pozwolić przeżyć innym. Narracyjny sukces scenariusza Obławy w dużej mierze opiera się na stopniowym ujawnianiu tajemnic, które główne postaci – sanitariuszka Pestka (Weronika Rosati), młynarz Kondolewicz (Maciej Stuhr) i jego żona (Sonia Bohosiewicz) – noszą głęboko ukryte w sobie, dlatego też rozważania o samej treści pełnego niejednoznaczności filmu Marcina Krzyształowicza zakończmy w tym miejscu.

Przepraszam, czyjego filmu? Jeżeli nazwisko reżysera nic nam nie mówi, to dlatego że Obława to powrót Krzyształowicza do zawodu po ponad dekadzie od falstartu filmowej kariery (Eucalyptus, 2001). Na szczęście jego i nasze w żadnym wypadku nie jest to powrót na tarczy. Obława zachwyca w zasadzie na każdym poziomie: i precyzyjnie skonstruowaną historią kilku ludzi sponiewieranych przez wojnę, i tematyczną konsekwencją scenariusza, i achronologicznym sposobie jego opowiadania (główny ciąg wydarzeń co rusz zaburzany jest retrospekcjami i kontynuacją wcześniej uciętych scen, dając nam powody do tego, by zrewidować wnioski, które zdążyliśmy wyciągnąć wcześniej). Trochę Rashomon, trochę Memento, a w całości przykład profesjonalizmu całej ekipy realizatorskiej – od klimatycznie przygaszonych zdjęć Arkadiusza Tomiaka (Zero, Daas), poprzez sugestywną scenografię Grzegorza Skawińskiego (nie, to nie ten łysy pan z zespołu Kombii), po eksperymentalny montaż Wojciecha Mrówczyńskiego i Adama Kwiatka (którzy popis wyczucia rytmu szczególnie dają w świetnie zmontowanej scenie zbrojnej konfrontacji bohatera z oddziałem niemieckich żołnierzy). Błyszczy również obsada, która stroniąc od nachalności, odgrywa swoich bohaterów tak, by w pełni oddać to, że w historii tego wojennego czworokąta czarno-białe podziały nie sprawdzają się ani trochę.

Minusy? Paweł Felis w swojej recenzji zarzuca Krzyształowiczowi brak większej skali opowiadanej historii i idące za tym uproszczenia w rysunku postaci. Zgodzić się z tymi zarzutami niełatwo, bo Obława nie była planowana jako całościowy portret społeczności naznaczonej wojenną przemocą – scenariusz Krzyształowicza to skromny dramat czterech postaci przyduszonych przez realia życia w całkiem nieludzkim momencie historii. Film świadomie kameralny, skupiony na relacjach między małą grupą ludzi, przez co jeszcze bardziej podkreślający spotęgowaną atmosferę zaszczucia; decyzją scenarzysty i reżysera opowiedziany jako kryminał – nie kolejna batalistyczna epopeja z rozbuchanymi postaciami, symfoniczną oprawą i sekwencjami malowniczych ataków polskiej konnicy.

Oglądając Obławę, jak mało kiedy w polskim kinie odnosi się wrażenie obcowania z efektem pracy człowieka, który dokładnie wiedział, jaki film chce zrobić (obraz dedykowany jest żołnierzom Armii Krajowej, w tym Adamowi Krzyształowiczowi – ojcu reżysera i pierwowzorze postaci kaprala Wydry), i udało mu się dopiąć swego. Pewność siebie na granicy bezczelności i pełna świadomość zarówno własnych sił twórczych, jak i tego, co można osiągnąć w ramach posiadanych środków – te cechy reżysera Obławy sprawiły, że jego hołd dla partyzanckich losów ojca, choć skromny pod względem metrażu (zaledwie 90 min.), jest jednym z najciekawszych osiągnięć ostatniej fali kina dzisiejszych czterdziestolatków (obok Róży SmarzowskiegoKi Dawida i Wymyku Zglińskiego). Po raz kolejny okazuje się, że wypowiedzi o nieciekawej kondycji polskiego kina, to nic tylko biadolenie ludzi, którym w krew weszło ciągłe powtarzanie, że „jest źle”. Zresztą przekonajcie się sami, a po powrocie dajcie znać, czy waszym zdaniem Srebrne Lwy dla Obławy na tegorocznym festiwalu w Gdyni rzeczywiście były zasłużone.


(1,5 x KLAPS! = bardzo dobry film)

Źródła: materiały dystrybutora, Facebook

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

6 komentarzy

  1. Anonymous pisze:

    idiota, który gdziestam porównywal to do Inglorious basterds chyba widział inny film. kawl historycznego mięcha w pysk

  2. Podglądania pisze:

    Byłam na tym filmie parę dni temu, a zanim to zrobiłam to udało mi się wychwycić o nim takie opinie jak "mocny" i "ciężki". Oczywiście plotkarskie portale i gazety zamiast skupić się na fabule, opiewały rolę Rosati, że nadzwyczajna i przewiarygodna. Ona sama za to tłumaczyła, dlaczego postanowiła grać bez makijażu, bo oczywiście to jest najistotniejsze. Dlatego po filmie

    • KLAPS! pisze:

      Trudno się nie zgodzić. Cóż, nasza dystrybucyjna rzeczywistość taka, że często oprawę medialną filmu obudowuje się wokół osoby, która ma największy medialny zasięg, a nie faktyczne znaczenie dla samej produkcji. Podobnie z "Bitwą pod Wiedniem" – Bachleda-Curuś jest tam dosłownie w kilku scenach, a z plakatów można wywnioskować jedną z głównych ról. Robią nas w konika, jak tylko mogą –

  3. Anonymous pisze:

    Pewnie, że zasłużone. Takiego filmu polskiego – ostatnio – nie pamiętam. Idę jeszcze raz do kina.<br />Czera

  4. Anonymous pisze:

    Mała korekta:) za montaż odpowiedzialnych było dwóch Panów: Wojciech Mrówczyński i Adam Kwiatek. Obaj zresztą za ten montaż zostali nagrodzeni w Gdyni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.