SKÓRA, W KTÓREJ ŻYJĘ

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

(Le Piel que Habito)
Hiszpania, 2011, 117 min.
Reżyseria: Pedro Almodovar
Dystrybucja: Gutek Film

Tytułem wstępu należy przyznać się, że amatorem twórczości dzikiego Hiszpana to ja raczej nie jestem. Almodóvarowicz ze mnie całkiem przygodny: po obejrzanej za młodu Kice (1993) przez dobrą godzinę zastanawiałem się, czym właściwie było to, co właśnie przed chwilą zobaczyłem; podczas wieczoru DVD przy Porozmawiaj z nią (2002) mało elegancko przysypiałem na kanapie; ale już np. takie Przerwane objęcia (2009) zaakceptowałem z otwartymi ramionami, nawet dosyć entuzjastycznie zachwalając film wśród znajomych. Mój zachwyt prawdopodobnie napędziło zastosowanie się reżysera do niewyszukanego komunału, który głosi, że tylko idiota nie uczy się na błędach, a ten konkretny twórca na przestrzeni lat z ekstrawaganckiego pornografa stopniowo zdołał przeistoczyć się w pierwszorzędnego scenarzystę i ekspresyjnego reżysera o niepodrabialnym stylu. Innymi słowy, obserwując ustawiczny rozwój w metodzie pracy Almodóvara, podstawy do tego, by po kolejnej produkcji Hiszpana móc spodziewać się czegoś na poziomie, miałem całkiem dobre.
Jak na złość w swoim nowym filmie reżyser robi odstępstwo od twórczej normy i sięga po tym razem cudzy tekst. Całkiem nieznana mi Tarantula Thierry’ego Jonqueta zachwyciła Almodóvara na tyle, że przez dekadę dopieszczał pomysł na adaptację przedstawionej tam historii chirurga plastycznego Roberta (odtwarzanego w filmie przez Antonio Banderasa, po dwudziestu jeden latach powracającego do współpracy z reżyserem), który – po samobójczej śmierci oszpeconej w pożarze żony – w domowym laboratorium tworzy skórę odporną na ogień i „ubiera” w nią kobietę (Elena Anaya) z niewyjaśnionych przyczyn  przetrzymywaną w jego posiadłości.
Pomysł na tyle szalony, że mógł wymyslić go sam Almadóvar. Niestety został uprzedzony przez Jonqueta, dlatego też tekst źródłowy ochoczo przetyka bogactwem almadóvaryzmów. Czego tu nie ma: zazdrość, zemsta, transseksualizm, depresja, sekretne więzy krwi między postaciami dramatu, a nawet gwałciciel przebrany za tygrysa. Cały ten przepych postaci i emocji przyprawiony kunsztem stałych współpracowników reżysera – rozkochanymi w nasyconych barwach, eleganckimi zdjęciami operatora Luisa Alcaine i, cóż, już nie tak wysmakowaną oprawą muzyczną Alberto Iglesiasa (raz nowoczesną, raz całkiem staroświecką, i w tych nawiązaniach do muzyki ze starych dreszczowców momentami ciut nadekspresyjną).
 
Film mnoży poboczne wątki, ustawicznie dezorientując widza. Niestety nie wygląda to na świadomy zabieg scenarzysty, lecz smutne pozostałości po przegranej walce adaptatora z tekstem źródłowym. Ciekawe wątki pojawiają się tylko po to, by koniec końców pójść donikąd (jak np. relacja służki Marilii do jej chlebodawcy czy nierozwiązana kwestia Fulgencia, chirurga szantażującego Roberta); nadmierna ilość postaci, z perspektyw których poznajemy przedstawianą historię (Robert, Marilia oraz Vincente – asystent krawcowej posądzony o gwałt na córce Roberta), nie pozwala rozsądzić, kto tak naprawdę ten obraz prowadzi. Gdy na koniec filmu reżyser w końcu wykłada karty na stół i pokazuje nam, czyją historię chciał tutaj opowiedzieć, nie sposób nie czuć się lekko zdezorientowanym – w końcu kto jak kto, ale akurat ta postać w filmie, który właśnie obejrzeliśmy, była co najwyżej drugim planem! Wszystkiemu winna wolta, o której pisać tutaj oczywiście zamiaru nie mam, a która – zamiast łączyć – jeszcze bardziej rozdrabnia już i tak nie do końca spójną całość.
 
Zapowiedzi sugerowały medyczny dreszczowiec z rodzinnym dramatem w tle, a z całego tego zamieszania wyszła dosyć nieczytelna opera mydlana o współczesnym doktorze Frankensteinie i jego niezdrowym przywiązaniu do swojego potwora. Wizualnie i aktorsko bez zarzutu, audialnie z przegięciem w stronę ataków smykiem á la Bernard Herrmann, a scenariuszowo – całkiem fragmentarycznie. Szaleńców kina z zasady polecam na ślepo, ale w  skórę Almadóvara tym razem wchodzicie na własną odpowiedzialność.



(3 x KLAPS! = przeciętny film)

Źródła: Wikipedia, materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.