• Bez kategorii

[SZYBKI KLAPS!] THOR

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

(Thor)
USA, 2011, 114 min.
Reżyseria: Kenneth Branagh

Dystrybucja: UIP 
Po dwóch częściach Iron Mana i dosyć nachalnym przypomnieniu widzom postaci Hulka rozbiegówki przed przyszłorocznym The Avengers ciąg dalszy.

Gdy w 2008 r. początek przygód playboya-wynalazcy Tony’ego Starka przyniósł studiu Marvel prawie pół miliarda dolarów zysku (sam obraz kosztował 140 milionów), filmowa odnoga amerykańskiego potentata komiksów zwąchała ciężki pieniądz i ustaliła pięcioletni plan wprowadzania na ekrany najważniejszych postaci, które w uniwersum Marvela od lat sześćdziesiątych przewinęły się przez ligę superbohaterów znaną jako The Avengers (Nick Fury, Czarna Wdowa, Iron Man, Hulk, Thor, Kapitan Ameryka oraz Hawkeye). Strategia jest prosta: ugrać na poszczególnych filmach, ile się da i w 2012 r. – zaznajomiwszy cały świat z grupą komiksowych „mścicieli” – zarobić krocie na filmie zrzeszającym wyżej wymienione indywidua. Traktując poszczególne ekranizacje jako składowe komiksowego serialu, studio inkrustowało kolejne filmy postaciami z mających dopiero nadejść tytułów: The Incredible Hulk Leterriera zawierał epizod z Iron Manem i tarczą Kapitana Ameryki (polska premiera filmu o przygodach tej postaci już 22 lipca), z kolei Iron Man 2 Favreau, oprócz kolejnych nawiązań do uzbrojenia Kapitana przedstawił nam Czarną Wdowę i poszerzył wątek Nicka Fury’ego i organizacji TARCZA.
Nie inaczej ma się sprawa z Thorem. Grany przez znanego z Hurt Locker: w pułapce wojny Jeremy’ego Rennera Hawkeye pojawia się w krótkim epizodzie, podobnie jak przewodzący TARCZY agent Coulson (Clark Gregg). Ostatni film Marvela wprowadza również dwie nowe postaci, które zaludnią świat przyszłorocznych The Avangers: Lokiego (Tom Hiddleston), przybranego brata Thora, i astrologa Erika Seliga (Stellan Skarsgård), przełożonego głównej postaci kobiecej filmu – ku uciesze gimnazjalistek całego świata odgrywanej tutaj przez tegoroczną laureatkę Oscara® Natalie Portman.

Tyle o planie pięcioletnim. A sam film? Jak na wymuszoną strategią studia, powstającą w pośpiechu produkcję Thor prezentuje się całkiem przyzwoicie. Nastawienie na zabawę w stylu familijnego kina z lat 80. i zdrowy dystans do opowiadanej historii pozwoliły nadać całkiem strawny charakter tej nie zawsze dorzecznej konfrontacji nordyckich mitów ze światem współczesnym. Pomocne okazało się też niestronienie od umowności i poczucia humoru – gdy scenariusz korzysta z wzajemnej nieprzystawalności elementów z obu światów, film ogląda się z niekrytą przyjemnością (jeżeli nie zaśmiejecie się przy scenie, w której Thor asgardzkim gestem daje do zrozumienia właścicielowi restauracji, że domaga się dolewki coli, to znaczy, że jedną nogą jesteście jeszcze w egzystencjalnych mrokach zimy i najwyższa pora przestawić się na wakacyjny tryb). Grający tytułowego boga piorunów Australijczyk Chris Hemsworth (Star Trek J. J. Abramsa) ma na szczęście wystarczająco dużo charyzmy i ekranowej prezencji, by unieść postać gromowładnego syna marnotrawnego i nie zniknąć w cieniu Anthony’ego Hopkinsa, odtwarzającego postać sędziwego Odyna. Jednak już wątek romansowy z wyemancypowaną meteorolog (Portman) boleśnie kuleje (głównie z winny przegnanego scenariusza, który podpisany jest aż pięcioma nazwiskami), nie pozwalając na to, by między obiema postaciami zdążyła zawiązać się więź, która faktycznie mogłaby stanowić dla bohatera motywację do kroków, które podejmuje w trzecim akcie filmu.
Kto postrzegał jako szaleństwo zatrudnienie szekspirowskiego wyjadacza Kennetha Branagha (Hamlet, 1996) na stołku reżysera tej bądź co bądź wakacyjnej superprodukcji, niech wie, że w tej decyzji kryła się dobrze przemyślana metoda. Przy tekście Thora, który po części jest historią długoletniej walki o dominację między dwoma mitycznymi królestwami, wieloletnie doświadczenie Branagha w ekranizowaniu dramatu elżbietańskiego okazało się bezcenne. Gdyby nie teatralne korzenie brytyjskiego reżysera główny wątek walki o tron między synami Odyna wcale nie musiałby zostać poprowadzony tak sprawnie, jak zostało to zrobione tutaj.
Żeby nie było zbyt słodko, trzeba podkreślić, że nieco denerwuje wystylizowane na komiksowe panele, przekrzywione kadrowanie Harisa Zambarloukosa, podobnie zresztą jak spływająca plastikową imitacją złota scenografia siedziby nordyckich bóstw autorstwa Bo Welcha. Nie popisał się również odpowiedzialny za muzykę Patrick Doyle – jego niedające się zignorować dziecięce zabawy z orkiestrą symfoniczną, zamiast podkreślać to, co dzieje się na ekranie, niemiłosiernie przytłaczają cały przekaz.
Ale nie ma co ciskać gromów: Thor to w końcu nie kino z certyfikatem skandynawskiej Dogmy, tylko oparty na tamtejszych mitach, komiksowy film podawany do popcornu i coli, powstanie którego podyktowała wyłącznie rynkowa strategia medialnego giganta. Jak na takie okoliczności twórcze film Branagha wyszedł całkiem sprawnie, chociaż już metkę 3D ma dodaną wyłącznie ze względu na chciwość producenta (efektów stereoskopowych jest w nim tyle, że nie stracilibyśmy nic, oglądając go w tradycyjnych dwóch wymiarach). Jeżeli planowana na przyszły rok superbohaterska zbieranina, którą przygotowuje Marvel, utrzyma poziom  satysfakcji, jaką niewybrednemu widzowi daje Thor, chętnie po raz kolejny zasiądę na sali, by odmóżdżyć się wśród tłumu młodszych i starszych nastolatków, do których ta historia zdaje się być głównie adresowana. Nawet jeżeli nieopatrzność gubiącego scenariusze Samuela L. Jacksona  przedłuży proces powstawania tego komiksowego mash-upu, wymuszając na łasym studiu zmiany w ich cwanym pięcioletnim biznesplanie.




(2 x KLAPS! = całkiem dobry film)

Źródła: materiały dystrybutora, Box Office Mojo, WorstPreviews

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.