WKRACZAJĄC W PUSTKĘ

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone


(Enter the Void)
Francja, Niemcy, Włochy, 2009, 154 min.
Reżyseria: Gaspar Noé
Dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty/SPI

Gdy w 2002 r. Gaspar Noé, enfant terrible francuskiego kina, dużymi migającymi literami komunikował nam w Nieodwracalnym, jak to nieubłagany czas potrafi wszystko zniszczyć, pewnie nie mógł domyślać się, że jego stroboskopowa deklaracja zemści się na nim jeszcze przed końcem dekady. Okazuje się, że czas podobnie nie oszczędza prowokatorów i nihilistów, każąc im – wraz z pojawieniem się kryzysu wieku średniego – przewartościować swoje rewolucyjne podejście do sztuki i życia. Wchodzący na nasze ekrany z prawie dwuletnim opóźnieniem ostatni film Noégo jest tego najlepszym dowodem.

Wkraczając w pustkę opowiada historię dwojga dwudziestokilkuletnich sierot, Oskara (Nathaniel Brown) i Lindy (Paz de la Huerta), i ich prób wiązania końca z końcem we współczesnym Tokio. On właśnie zarzucił didżejkę i dorabia handlem narkotykami wśród znajomych, ona tańczy na rurze w jednym z klubów dzielnicy Shinjuku. Oboje w dzieciństwie zaprzysięgli sobie, że nigdy siebie nie opuszczą – nawet jeśli jedno z nich miałoby odejść z tego świata.

Jeżeli swego czasu mieliście (nie)przyjemność być audialno-wizulanie zgwałconymi przez Noégo podczas seansu jego niesłynnego filmu z parą Belluci-Cassel w głównych rolach, tym razem nie macie się czego bać. Francuski filmowiec-orkiestra (scenarzysta, reżyser, producent, operator i montażysta większości swoich filmów) w swojej hipnotycznej wizji życia pozagrobowego w Tokio nadal potrafi być boleśnie dosłowny (mamy tutaj i scenę ejakulacji pokazaną z wnętrza pochwy, i powracające ujęcie niedawno usuniętego kilkumiesięcznego płodu), ale brutalnych atrakcji na wzór pamiętnego miażdżenia twarzy gaśnicą z Nieodwracalnego w jego nowym filmie na szczęście nie uświadczymy. We Wkraczając w pustkę poznajemy skandalizującego reżysera od tej bardziej stonowanej strony, wstydliwie zatopionego w zadumie nad przemijaniem i uniwersalną potrzebą bliskości. Rzecz jasna Noé bardzo dobrze wie, że nikt nie oczekuje od niego czułostkowości ani uduchowienia, dlatego stara się maskować pojawiającymi się gdzieniegdzie naturalistycznymi scenami spółkowania i brania narkotyków, ale nie dajcie się zwieść tym niecnym zabiegom; śledząc pogmatwane losy doświadczonego życiem rodzeństwa, reżyser między kadrami odnajduje rejony filmowej poezji, które pewnie onieśmieliły jego samego, gdy montował film z pomocą stałego współpracownika, Marka Boucrota. Nawet rynsztokowa menażeria we Wkraczając w pustkę diametralnie różni się od wcielonego zła tak bezkarnie prowadzającego się w poprzednich filmach reżysera. Tutaj wykolejeńcy to zwykli ludzie, którzy najzwyczajniej w świecie pobłądzili na ścieżkach życia – tu nawet sutener potrafi okazać serce.

Ale Wkraczając w pustkę to przede wszystkim świadectwo technicznej maestrii Noégo. To, co wespół z operatorem Benoitem Debiem wyprawia lubiący obsługiwać kamerę reżyser, trudno opisać słowami. (Jako że niekomunikatywność to jedna z tych cech, za które wszyscy mnie kochają, spróbuję mimo wszystko nieskładnie wyjaśnić, o co mi chodzi). Całą historię życia i śmierci głównego bohatera oglądamy z trzech punktów widzenia odpowiadających trzem okresom jego ekranowej egzystencji: za życia – kiedy kamera patrzy na świat z perspektywy pierwszej osoby (twórcy nie zapomnieli nawet o mrugnięciach oczami!), w jego własnych wspomnieniach – z kamerą poruszającą się za plecami Oskara, i po jego śmierci – odnajdująca go lewitującego nad miastem (żaden to spoiler: rychłą śmierć głównego bohatera zapowiadano już w zwiastunie, a pozagrobowe śledzenie losów jego siostry i tak stanowi więcej niż 2/3 filmu). Płynnie montowane jazdy nad dachami oblanego światłem neonów nocnego Tokio każą zastanawiać się, kiedy kończy się praca fizycznej kamery, a gdzie zaczynają się komputerowe efekty specjalne. Dodać do tego hipnotyczną, mocno zbasowanwą oprawę dźwiękową i stroboskopowe efekty towarzyszące każdemu przejściu duszy Oskara do nowej lokacji, i mamy film, który – po stu pięćdziesięciu czterech minutach projekcji – wprowadza w niemalże narkotyczny stan (Stopklatka publikuje ciekawy wywiad, w którym reżyser opowiada m. in. o swoich sposobach wytwarzania tego efektu).

I pewnie nie wszystkim ten osobliwy trip będzie w smak. Może i Noé we Wkraczając w pustkę przywdziewa ideologiczne ciepłe kapcie (no, może nie od razu dwa, ale jeden na pewno), ale i tak na tę chwilę w kinie nie obejrzymy niczego, co byłoby równie dobrze zaplanowanym i tak samo przeprowadzonym skomasowanym atakiem na zmysły widza. Technicznie rewolucyjne, świadomie manipulatorskie i nieco przydługie Wkraczając w pustkę przypomina, że wizyta w kinie nadal potrafi być znaczącym przeżyciem sensorycznym – nawet jeżeli niektórzy będą musieli przepłacić to lekkim zniesmaczeniem i pulsującym bólem głowy.


(2 x KLAPS! = całkiem dobry film)

 

Źródła: materiały dystrybutora, YouTube

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

2 Responses

  1. Karolina pisze:

    ładnie powiedziane! no serio 🙂 to jedyny jego film, jaki widziałam, ale jakoś wierze w te ciepłe kapcie i w cała resztę, o jakiej piszesz. poza tym – wyszłam z kina jak po młócce. i chętnie obejrzę drugi raz- ale w kinie!<br />3era

  2. Byle nie na trzeźwo;) Tak samo jak w przypadku chociażby &quot;Czasu Apokalipsy&quot; Coppoli czy &quot;2001: odycei kosmicznej&quot; Kubricka, ten film po raz drugi trzeba obejrzeć &quot;pod wpływem&quot;!)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.