WORLD WAR Z

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

 

Stany Zjed.2013, 116 min.
Reż. Marc Forster
Dystrybucja: UIP

Ilekroć mam opisywać film, który jest ekranizacją tekstu, z którym nie miałem okazji się zaznajomić, zawsze mam wyrzuty sumienia. Pół biedy, kiedy filmowa wersja sama w sobie jest na tyle ciekawa, że zachęca do sięgnięcia po podstawę scenariuszową. Prawdziwe problemy porównawcze zaczynają się, gdy ekranizacja – jako film – sprawdza się tak słabo, że źle rzutuje na oryginał. Taka jest sytuacja World War Z – delikatnie mówiąc, książce Maksa Brooksa film Marca Forstera najlepszej reklamy nie robi.

World War Z Brooksa to kronika epidemii zombie opisana post factum na podstawie wywiadów z ludźmi, którzy przeżyli konflikt umarlaków ze zdrowymi niedobitkami ludzkości. Ze względu na niezaprzeczalny fakt, jakoby tego rodzaju epizodyczna struktura nie była w stanie do kin przyciągnąć wystarczającej ilości widzów, na zamówienie Plan B, firmy producenckiej Brada Pitta, wielokulturową zbiorowość zastąpiono jednostkowym bohaterem, który próbuje uratować swoją rodzinę, a przy okazji cały świat (jakżeby inaczej). W ten oto sposób scenariusz autorstwa J. Michaela Straczynskiego, poprawiany m.in. przez Drew Goddarda i Damona Lindelofa (sic!), refleksje z wielu punktów widzenia zamienił na typową podróż bohatera z punktu A do B. Podróż, należy zaznaczyć, która więcej ma wspólnego z umownością międzykontynentalnych pościgów w filmach o agencie 007 niż kinem katastroficznym z epidemią w tle, na które reżyser Quantum of Solace zdaje się powoływać.

 

Brad Pitt, aktor bardziej przystojny niż utalentowany, w ostatnich latach nie gra często (w zeszłym roku widziany w nienajlepszym Zabić, jak to łatwo powiedzieć), więcej czasu poświęcając licznej rodzinie i pracy producenta (nadzorując powstawanie takich pereł kinematografii jak np. Jedz, módl się, kochaj). W World War Z to zmęczenie aktorstwem widać jak na dłoni: Pitt jako były pracownik ONZ Gerry Lane, który przeskakuje między krajami Azji i Europy w poszukiwaniu odtrutki na zombie-wirusa, jest tak boleśnie pozbawiony charakteru, że los jego i jego rodziny z czasem przestaje nas obchodzić. Rozumiemy, że głównym motorem działań Gerry’ego jest ochrona najbliższych, ale tę opiekuńczość ojca i męża Pitt gra tak cierpiętniczo i grzecznie, że z kadrów zaczyna wyzierać  niezamierzony komizm (jak np. w scenie pobudki bohatera po katastrofie lotniczej). I chyba w tym ugładzeniu leży największy szkopuł World War Z (większy nawet niż folgowanie sobie z materiałem źródłowym): położenie nacisku na rodzinny charakter kinowego widowiska ma się nijak do klasycznego filmu o zombie (nie uświadczymy tu elementów gore, bo celem nadrzędnym była jak najniższa kategoria wiekowa i, tym samym, zmaksymalizowanie potencjalnych zysków). Co ciekawe, World War Z początkowo nie miało być aż tak ugładzone, jednak nieporozumienia na linii gwiazda-reżyser i naciski ze strony koproducentów zaowocowały twórczym kompromisem, który zostawił blisko dwadzieścia minut filmu na podłodze montażowni studia Paramount. Ale nas to nie pociesza, bo koniec końców płacimy za to, co znalazło się na ekranie, a nie to, co ostało się na roboczych dyskach twardych Rogera BartonaMatta Chesse (montażystów filmu, którym przyszło pracować w atmosferze wzajemnie wykluczających się wizji i sprzecznych dyrektyw).

 

Byłoby niesprawiedliwością postawić World War Z w jednym rzędzie obok innych niewypałów tego lata, np. Tysiąca lat po Ziemi M. Night Shyamalana. Wysokobudżetowa produkcja inspirowana książką Maksa Brooksa nie jest filmem tak jednoznacznie złym jak gwiazdorska fanaberia rodziny Smithów; sytuacja jest znacznie poważniejsza: ten ambitny projekt Pitta i Fostera, choć estetycznie bez zarzutu (chociażby Marco Beltrami i zespół Muse robią świetną robotę w budowaniu napięcia muzyką), w końcowym rozliczeniu okazuje się być filmem odtwórczym (z pojemnej metafory zombie korzysta w utarty sposób, jeżeli w ogóle) i pospolicie nijakim (zamiast ekscytować, widza pozostawia obojętnym). W świetle przyjętej formuły kina katastroficznego hołdującego tematyce zombie ten niedobór ikry – tak w fabule, jak i osobie głównego bohatera – daje całkiem katastrofalne skutki dla samego filmu.
Po raz kolejny sprawdza się gastronomiczny komunał o sześciu kucharkach i braku jedzenia. W ramach odtrutki na pełne kompromisów World War Z wypada sięgnąć po oryginał przygotowany przez kucharza, który przed nikim nie musiał spowiadać się ze swoich twórczych wyborów.

(3 x KLAPS! = przeciętny film)

Źródła: materiały dystrybutora, Vanity Fair

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

8 Responses

  1. Anonymous pisze:

    Książki nie czytałem, filmu jeszcze nie widziałem (i wychodzi na to, że nie powinienem;) ale może następnym razem zekranizują jakiś pomysł Mela Brooksa zamiast Maksa Brooksa. Byłoby może ciekawiej. Z drugiej strony, zawsze można zerknąć na &quot;The Producers&quot; (1967), który chyba nawet niedawno weszedł na Blu-Ray.<br /><br />–<br />amgis

  2. Izabela D pisze:

    Oj, no tak cos czulam. Poza tym Pitt niczym Benjamin Button mlodnieje z wiekiem ._.

    • KLAPS! pisze:

      Młodnieje tak, że na chwilę przed pięćdziesiątką zachciewa mu się stać się bohaterem kina akcji. <br />Hej, Brad, nie każdy może być Clintem Eastwoodem!)

  3. Zdecydowanie jeden z ciekawszych filmów z zombiakami 😉 Przez wielu jest oceniany jako przeciętny, ale mi się całkiem spodobał 🙂

  4. &quot;Prawdziwe problemy porównawcze zaczynają się, gdy ekranizacja – jako film – sprawdza się tak słabo, że źle rzutuje na oryginał. Taka jest sytuacja World War Z – delikatnie mówiąc, książce Maksa Brooksa film Marca Forstera najlepszej reklamy nie robi.&quot;<br />I to jest naprawdę okropne, bo film z tej znakomitej książki bierze jedynie tytuł i może ze dwie lokacje, zmieniając absolutnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.