TENET

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page
Powyższy kadr to jedna z wielu topornie napisanych scen w nowym filmie Christophera Nolana, gdzie postaci – niby coś tam sobie rozmawiając – jednocześnie próbują wytłumaczyć widzowi zasady, którymi kieruje się świat przedstawiony. Jak się okazuje, w scenach tych także aktorzy grający te postaci próbują te zasady wytłumaczyć sami sobie, bo nawet oni nie byli w stanie zrozumieć zawiłości konceptu odwróconej entropii, na którym oparty jest scenariusz filmu twórcy Incepcji.

Powaga, zarówno Robert Pattinson, jak i grający główną rolę John David Washington nie są w stanie wytłumaczyć, co dokładnie dzieje się w filmie, i niespecjalnie się z tym kryją w wywiadach promujących Tenet. A że w filmie to oni są niejako naszymi przewodnikami po tym świecie, można wyobrazić sobie poziom zagubienia widza podczas seansu tego niepotrzebnie skomplikowanego i bezdusznie mechanicznego filmu.

Na podstawowym poziomie Tenet to film szpiegowski z typowymi bondowskimi schematami: jest przystojny agent, który ma uratować świat (Washington), jest czarny charakter mówiący z ciężkim akcentem (Kenneth Branagh); jest zamorski piękna kobieta w niebezpieczeństwie (Elizabeth Debicki), są rywalizujące ze sobą tajne organizacje szpiegowskie, skakanie z jednej malowniczej lokacji do następnej, pościgi, samoloty, jachty itp. itd. Ale jako że jest to film reżysera Memento (2000), Interstellar (2014) i Dunkierki (2017), czyli twórcy, który ma hopla na punkcie czasu, czarnych dziur i fizyki kwantowej, jasne jest, że przynajmniej chronologia wydarzeń będzie tutaj jakoś zaburzona – żeby widzom nie oglądało się zbyt łatwo (przecież nie przyszli do kina, żeby miło spędzić czas, tylko po to, żeby ktoś pokazał im swoją intelektualną wyższość, prawda?). Nolan więc ten prosty szpiegowski schemat rozpisuje w formie scenariusza o palindromicznej konstrukcji (przy czym najważniejsza dla niego jest ta konkstrukcja właśnie, nie postaci), a akcja dzieje się dwutorowo: część bohaterów porusza się w czasie do przodu, a niektórzy, w tej samej przestrzeni, w czasie się wracają – jak znane ze zwiastuna kule wracające do lufy pistoletu bohatera. Czyli akcja dzieje się do przodu i do tyłu jednocześnie. Wszystko jasne?

Tak, zwykłemu człowiekowi trudno objąć to rozumem, i chyba na pewnym etapie produkcji któryś z producentów wziął Nolana na stronę i dał mu ten drobny rozdźwięk między nim a resztą świata delikatnie do zrozumienia, bo gdy w jednej z pierwszych scen postaci na ekranie zaczynają wzajemnie sobie tłumaczyć, o co w ogóle chodzi z tą inwersją, to dosyć szybko padają słowa: „Nie próbuj tego zrozumieć, musisz to poczuć”. Niestety przekierowanie zdezorientowanego widza na odbieranie filmu na poziomie emocji pomocą jest tu żadną, bo kto jak kto, ale Nolan jest jednym z najbardziej oziębłych twórców współczesnego kina, więc poczuć tu coś jest raczej trudno, no chyba że mówimy o frustracji związanej z niemożnością cieszenia się tym, co dzieje się na ekranie – bo się najzwyczajniej w świecie tego intelektualnie nie ogarnia. Przywoływałem to porównanie na FB w reakcji zaraz po seansie i przywołam je jescze raz tutaj, bo dobrze oddaje emocje związane z oglądaniem tego filmu w kinie: Tenet jest jak poranny wykład z fizyki kwantowej, na którym dystyngowany pan profesor trochę za szybko tłumaczy, i nie interesuje go, że nie rozumiecie, i w efekcie później nic już nie zakumacie do końca semestru.

Szybki montaż Jennifer Lame gna na łeb na szyję, bombastyczna muzyka Ludwiga Goranssona ciągle podkręca napięcie; nie masz chwili, żeby poznać bohaterów i ich motywacje, wszystko zapieprza nie wiadomo gdzie, więc biedny widz niby śledzi, co się dzieje na ekranie, ale z tyłu głowy wciąż próbuje rozkminić tę scenę, która była 5 min. wcześniej – bo nadal próbuje ją rozbić na części pierwsze, żeby zrozumieć, jak to wpływa na resztę fabuły. Oczywiście nie jest winą reżysera, że widz głupi i nie rozumie – mea culpa, jestem misiem o małym móżdżku i najwyraźniej nie jest to film dla mnie. Ale po reakcji innych widzę, że w mojej opinii nie jestem osamtniony, i że jest to trend ogólnoświatowy – tym bardziej w covidowym świecie, gdzie idąc do kina na wysokobudżetową produkcję, oczekujemy że podjęte przez nas epidemiologiczne ryzyko wynagrodzone zostanie dobrą rozrywką. Na pewno krzywda by się nie stała, gdyby ktoś Nolanowi w tym przypadku popatrzył na ręce i pomógł stworzyć historię, która będzie nie tylko intelektualną podjarką dla jego kolegów akademików, ale także dla zwykłego człowieka, który w kinie chce się dobrze bawić (a nie czuć sie jak wywoływany do tablicy, by odpowiadać z tematu, którego nie ogarnia).

Fajnie, że Nolan wymyślił sobie, że zrobi własnego Bonda z fabułą zbudowaną jak kwadrat Sator-Rotas, ale ewidentnie tym razem za bardzo skupił się na wydumanej konstrukcji, a za mało na emocjach, i w efekcie film ogląda się jakby ktoś mówił do nas po łacinie. Propsy za odważny pomysł i realizację, ale za tekturowe postaci, brak motywacji i bezczelny brak empatii reżysera względem widza należą się tęgie klapsy

Clapper-boardSMALL-GREY
Clapper-boardSMALL-GREY

(3 x KLAPS! = przeciętny film)

Żródła: Variety, Yahoo, Indiewire, materiały prasowe dystr.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.