THE PREDATOR

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Stany Zjed., 107 min.
Reż. Shane Black
Dystrybucja: XXth Century Fox/Imperial Cinepix

Czy film serii Predator, w którym trzymetrowy łowca z kosmosu animowany jest komputerowo, może się udać?

8 lat po ostatniej części serii łowca z kosmosu w końcu wraca na duże ekran, tym razem dzięki inwencji Shane’a Blacka, jednego z najciekawszych reżyserów kina akcji i aktora w pierwszym Predatorze (1987). Black, będąc przez lata głównym scenarzystą serii Zabójcza broń, jest specem od formuły komedii sensacyjnej i to dzięki jego inwencji i dialogom tak przyjemnie oglądało się trzeciego Iron Mana (2003) i The Nice Guys (2016). Każdy z filmów Blacka powtarza w zasadzie tę samą formułę, gdzie usiana gagami sensacyjna historia opowiedziana jest by podkreślić znaczenie rodziny i męskiej przyjaźni, więc jeżeli ktoś myślał, że przy okazji reżyserii nowego Predatora Black zmieni konwencję na coś bardziej odpowiadającego poprzednim częściom cyklu, to jest mocno w błędzie. Black swoją autorską formułę sensacyjnego kina dla tatusiów próbuje pożenić z atmosferą grozy przynależną do postaci Predatora, i to karkołomne połączenie nawet jako tako mu tu wychodzi. Problemem w Predatorze jest coś innego – to jeden z pierwszych scenariuszy Blacka, który napisany jest całkiem na odpierdol się.

Predator opowiada historię snajpera (w tej roli znany z Narcos i Logana Boyd Holbrook), który w towarzystwie grupy wojskowych straceńców i biolożki (Olivia Munn z zaskakująco dużą rolą) próbuje obronić swojego autystycznego syna (całkiem zmarnowany Jacob Temberlay) przed zagrożeniem ze strony CIA i rywalizujących ze sobą Predatorów po tym, jak syn z jego winy wszedł w posiadanie pozaziemskiej technologii. Brzmi to niedorzecznie, ale i z większych głupot Black robił już dobre filmy (patrz: Długi pocałunek na dobranoc wg jego scenariusza). Niestety, nie tym razem: towarzysze podróży głównego bohatera sprowadzeni są tutaj do karykatur opisanych jedną bądź dwiema cechami (nadekspresyjny jajcarz, gburowaty piroman, gadatliwy dewota, żołnierz z syndromem Tourette’a itp.), a potoczyste dialogi, z których Black słynie, brzmią w ich ustach sztucznie (jest jeden dobry żart na temat tego czy Predator w ogóle powinien być nazywany Predatorem, ale to w zasadzie tyle). I nie jest to nawet wina aktorów – casting jest tu zrobiony dobrze, jednak film jest tak brutalnie pocięty, że grupie, która powinna mieć czas na to, żeby się ze sobą zżyć (i przede wszystkim, pozwolić widzowi, żeby zżył się z nimi), braterstwo broni jest niejako narzucone poprzez sceny, w których deklarują to w dialogu. W efekcie mamy film pełen skrótów – skrótów tak, dużych, że np. taki Thomas Jane (Punisher, Wyposażony, The Expanse) niby gra tutaj funkcjonalną część zespołu, ale tak naprawdę w filmie może jest go ze dwie minuty. (Sieczka montażowa ewidentna jest także w kilku scenach pościgowych, gdzie postaci nie wiedzieć czemu nagle widzimy w innych lokacjach i środkach lokomocji niż poprzednio.)

Kolejna rzecz, która psuje film, to ciągłe próby przepisywania na nowo tego, co w uniwersum Predatora już kiedyś zagrało. Pamiętacie psy-Predatory z filmu Predators z 2010 r.? No to tutaj mamy nowe, które wyglądają całkiem inaczej – pomimo tego, że spełniają dokładnie tę samą rolę (naganianie zwierzyny). Czemu? Bo tak.

Jest też taki klasyczny komiks Dark Horse z 1994 r. zatytułowany Predator: Bad Blood, na którym film Blacka jest w zasadzie oparty, jednak zamiast zachować tamtą elegancko prostą linię fabularną pościgu jednego Predatora za drugim, Black dodaje od siebie jakieś prometejskie motywy i zabawę w genetyczne usprawnienia. (Nie chcę wchodzić w szczegóły, żeby nie spoilerzyć, ale powiem tylko tyle, że nawet Ridley Scott by tego tak nie przeintelektualizował.)

Film miał potencjał, ale oglądając naprawdę wątły finał (srsly, najgorszy końcowy pojedynek w całej serii) i niedorzeczny cliffhanger sugerujący kolejną część, widać jak na dłoni, że ktoś gdzieś po drodze stracił do niego serce i z materiału na blockbuster odbębnił film straight-to-VOD. I nawet chyba wiem, kiedy to nastąpiło: w momencie, kiedy ktoś dał zielone światło, na to, żeby Predator w tym filmie był animowany komputerowo.

To NIE jest pieprzony komputerowy Hulk w filmie Marvela dla całej rodziny, gdzie nikt nie umiera naprawdę.

To jest dwuipółmetrowy brutal, który jednym ruchem odrywa ludziom głowy razem z kręgosłupem.

Ciężaru cielska posiadającego taką siłę, nie da się realistycznie odtworzyć komputerowo.

Clapper-boardSMALL-GREYClapper-boardSMALL-GREY

(3 x KLAPS! = przeciętny film)

 

Źródła: materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.