TO

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

movie-cast-2017-1024x549

Stany Zjed., 135 min.
Reż. Andres Muschietti
Dystrybucja: Warner Bros.

Coś takiego nam się porobiło w 2017 r., że gdy blockbuster zrobiony jest co najmniej poprawnie, na tle innych wysokobudżetowych produkcji tego lata urasta do rangi arcydzieła.

Tak kilka miesięcy temu stało się z Wonder Woman Patty Jenkins (który to film był całkiem przyjemną rozrywką, ale w zasadzie niczym więcej), tak też dzieje się teraz z nową, nakręconą za skromne 35 mln dolarów ekranizacją Tego Stephena Kinga, napędzaną globalną kampanią reklamową o skali takiej, jakby Warnerowie promowali nie wakacyjny horror, a nowy film Christophera Nolana. Wygłodniali rozrywki widzowie drzwiami i oknami walą na projekcje, producenci liczą grube miliony, a krytycy zastanawiają się, co takiego stało się z kinem hollywoodzkim, że produkcje, które kiedyś były standardem, dziś widz traktuje jak objawienie.

Bo prawda jest taka, że To w interpretacji Andresa Muschiettiego (Mama) jest po prostu sprawnie zrobionym, tradycyjnym horrorem, który do gatunku nie wnosi nic nowego (w odróżnieniu do np. tegorocznych Uciekaj czy To przychodzi po zmroku, które nie mogły liczyć aż na tak dużą promocję i medialny rozgłos). Tak, materiał źródłowy tutaj bardzo pomaga zagonić współczesnego widza do kina, bo opasła powieść Kinga wydana w 1986 r., scala w sobie klasyczne dzisiaj motywy z tej bez wątpienia najlepszej dekady dla ekranowego horroru/fantastyki (patrz: miasteczko z niewyjaśnioną tajemnicą, zabójca z nadprzyrodzonymi mocami i grupa nastoletnich bohaterów, którzy muszą nauczyć się współpracować, żeby go pokonać). To karmi się schematami Koszmaru z Ulicy Wiązów i Piątku Trzynastego przemieszanymi z wrażliwością studia Amblin w przedstawianiu perspektywy dziecka w zagrożeniu (E.T., Goonies itd.), a King do tego ekstraktu dorzuca trochę swojej dosłowności i pesymizmu, nie stroniąc od brutalności i mocnego języka – nawet z ust dzieci. Dlatego  taki  tekst adaptowany teraz – w roku, w którym największym serialowym hitem było zbudowane na tej samej nostalgii Stranger Things – jest takim popkulturowym samograjem, że po prostu nie mógł nie odnieść frekwencyjnego sukcesu. Dodatkowo, żeby nie było niedopowiedzeń, Muschietti w swojej adaptacji przenosi akcję okresu, kiedy bohaterowie byli dziećmi, z lat 50. do rozmarzonych ejtisów właśnie. Powieść Kinga przeplata wiek średni bohaterów (lata 80.) z ich wiekiem dorastania (lata 50.) – decyzja o wyekstrahowaniu z powieści wyłącznie tych reminiscencji z dzieciństwa i przeniesienie ich do lat 80. to czysto koniunkturalny ruch ze strony studia, dzięki któremu Warnerowie upieką dwie pieczenie na jednym ogniu: wątek dzieciństwa, który w całości wypełnia ten film, teraz pozwolił wstrzelić się w nostalgię, która zapewniła konkretnego widza, a w kontynuacji – która po takim sukcesie frekwencyjnym na pewno powstanie – będą mogli osadzić akcję współcześnie (bo obie płaszczyzny czasowe, zgodnie z powieścią, muszą dzielić trzy dekady).

A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pomimo świadomości tego wyrachowania twórców, To nadal ogląda się świetnie – nawet jeżeli przez nieco przegnany finał sam film wydaje się nieco za krótki. Dzieciaki są naprawdę ciekawie obsadzone i grają bez-błęd-nie (nie przeszkadza nawet znany z bliźniaczego Stranger Things Finn Wolfhard – bo tutaj na szczęście gra wygadanego świntucha Richiego, który w zasadzie jest przeciwieństwem jego postaci z serialu Netfliksa). Z kolei grająca Beverly piętnastoletnia Sophia Lillis to jedno z największych aktorskich odkryć tego roku – warto ten film obejrzeć nawet tylko dla niej, bo nie często w kinie mamy okazję być świadkiem narodzin gwiazdy (a to właśnie dzieje się na ekranie przy okazji tego filmu).

No i rzecz najważniejsza, bez której w zasadzie nie byłoby filmu, czyli sam morderczy klaun i to, czy jest przekonujący jako zło wcielone (w końcu jego poprzednią wersję w latach 90. grał sam Tim Curry). 27-letni Bill Skarsgård dotychczas grywał zwykle trzeci plan w nie najlepszych produkcjach (Niewierna, Atomic Blonde) i w zawodzie aktora daleko mu do estymy swojego słynnego ojca, ani nawet swoich utalentowanych braci, ale po tej roli to się zmieni. Jego Pennywise jest tak przemyślany, że zjada klasyczny wykon Curry’ego na śniadanie. Jeżeli w planowanej na za dwa lata kontynuacji pójdzie za ciosem i jeszcze bardziej podkręci zniuansowanie tego monstrum, będzie mógł wejść do panteonu ikon horroru i stanąć zaraz obok Freddy’ego Roberta Englunda i Bettlejuice’a Michaela Keatona. (Tak, naprawdę jest tak dobry).

(2 x KLAPS! =  całkiem dobry film)

Źródła: materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.