TWIN PEAKS: POWRÓT

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Dana Ashbrook, Miguel Ferrer, David Lynch, Chrysta Bell, Robert Knepper, Jim Belushi, Kimmy Robertson and Harry Goaz in a still from Twin Peaks. Photo: Courtesy of SHOWTIME

Stany Zjed., 2017, 18 x 60 min.
Scen. i reż.: Mark Frost i David Lynch
Dystrybucja: Showtime/HBO

Przed majową premierą nowego Twin Peaks zrobiłem prawdopodobnie najgorszą rzecz, jaką mogłem zrobić w kontekście kontynuacji serialu Lyncha i Frosta: obejrzałem raz jeszcze dwie poprzednie serie z początku lat 90. i prequelowe Ogniu krocz za mną. Była to koszmarna decyzja z co najmniej dwóch powodów: raz, że ponowny seans zrobił mi smaka na kontynuację perypetii głównych postaci świata Twin Peaks; dwa, że ponownie rozkochał mnie w rewolucyjnej na tamte czasy formule cotygodniowego serialu, gdzie obyczajowe wątki tradycyjnej opery mydlanej organicznie łączyły się z lynchowską wersją serialu grozy typu Strefa mroku.

Kiedy Twin Peaks: Powrót zadebiutowało w maju niemiłosiernie meandrycznym podwójnym odcinkiem, który klimatem w żaden sposób nie przypominał dawnego Twin Peaks, stało się jasne, że ci, którzy liczyli na kontynuację dawnej formuły, nie mają tu czego szukać. W końcu 25 lat to kupa czasu i tak jak przez ćwierćwiecze znacząco zmienił się nasz świat, tak samo musiało zmienić się Twin Peaks – zarówno jego bohaterowie, jak i sam typ narracji. Problemem jednak okazało się głównie to, jak przez ten czas zmienili się twórcy serialu, i jak bardzo ich punkt widzenia odbiega od tego, co może stanowić wartość dla percepcji typowego widza w 2017 r.

Mark Frost i David Lynch to dzisiaj siedemdziesięciokilkulatkowie, którzy w jesieni życia najwidoczniej mają nadmiar wolnego czasu i nigdzie się nie spieszą, dlatego też nowe Twin Peaks na przestrzeni osiemnastu odcinków, boleśnie rozwleczonych między majem a wrześniem, nie miało problemu raczyć nas scenami, w których kazano nam obserwować kadry, w których przez minutę nic się nie działo, lub słuchać lakonicznych rozmów mało znaczących, nowych postaci, z których tokowania (ani wątków) w zasadzie nic nie wynikało (patrz: duet morderców granych przez Tima Rotha i Jennifer Jason Leigh). Po obejrzeniu wszystkich osiemnastu odcinków Twin Peaks widać, że gdzieś tam jakaś oś dramaturgiczna początkowo była (przywrócenie dobrego Coopera rzeczywistości, wysłanie złego Coopera z powrotem do innego wymiaru, rozwiązanie przez FBI tajemnicy śmierci majora Briggsa), ale przytłaczająca ilość dodatkowych, brutalnie rwanych i mało ciekawych wątków, sprawiała, że z tygodnia na tydzień nie dało się tego śledzić bez narastającej frustracji. Lynch z Frostem napisali Twin Peaks: Powrót nie jako 18 dobrze skonstruowanych odcinków sezonu tworzących jedną całość, ale jako osiemnastogodzinny film, który później sztucznie pocięto na godzinne odcinki, na koniec każdego dodając na pocieszenie występ jakiegoś zespołu (co czasami okazywało się największą wartością danego odcinka). Kto w stacji Showtime na ten odważny zabieg pozwolił, prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy – podobnie jak znaczenia ostatnich scen finału, którego nie rozumie nawet sam Kyle MacLachlan.

Na szczęście w tej poszatkowanej fabule, kalejdoskopie niepotrzebnych nowych postaci i brutalnie potraktowanych ulubieńców starego Twin Peaks (za żałosny wątek Audrey Horne Shirley Fenn powinna podać Lyncha do sądu), zdarzały się ciekawe pomysły. Fajnie było zobaczyć, jak rozwinął się posterunkowy romans naiwniaków Andy’ego i Lucy (bo to zawsze była ostoja prostolinijności w pełnym sekretów świecie Twin Peaks). Ciekawym pomysłem okazało się zrobienie z agentów granych przez Lyncha i ś.p. Miguela Ferrera de facto głównych bohaterów serii, którzy w każdym odcinku starali się z nami odnaleźć sens w tym całym twórczym bałaganie – nawet jeżeli dodanie do tego duetu ponętnej i niekumatej agentki (Chrysta Bell) zalatywało tanim seksizmem.  Jeżeli po tej serii coś zostanie mi w głowie, to przede wszystkim monumentalny ósmy odcinek, przedstawiający narodziny Boba w formie w większości niemych, kosmicznych sekwencji przypominających kino Terrence’a Malicka na kwasie, i zilustrowanych potężną muzyką Pendereckiego.

„EJ, ALE WSZYSCY MÓWIĄ, ŻE TA NOWA SERIA TO ZNOWU JEST NOWA JAKOŚĆ W TELEWIZJI!” Spoko, cieszę się, że są widzowie, którym to się podobało. Ja, niestety, w większości czułem się, jakbym oglądał robotę ludzi, którzy nie do końca wiedzą, co chcą zrobić i, w miarę jak idą dalej z robotą, próbują to przykryć kolejnymi warstwami tajemnic, powrotów i nawiązań – aż do punktu, w którym jest tego tyle, że to wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. I nawet jeżeli ta dezorientacja i wyzucie z jakiegokolwiek znaczenia była zamiarem twórców, ja tego nie kupuję. Zrobić tak, żeby widz czuł się przytłoczony i jednocześnie znudzony tak bardzo, że całkowicie traci zainteresowanie, to naprawdę żadna sztuka.

Lynch w wywiadach nie kryje, że w ostatnich latach głównie spędza czas na ciesiołce i robieniu mebli. Z filmów nie widział ostatnio nic (jedyne, co ogląda, to programy motoryzacyjne). Jestem daleki od spychania ludzi w starszym wieku na margines społeczeństwa, ale podobnie jak w przypadku Ridleya Scotta, może zamiast błaznować na stare lata i szargać dobre imię tytułów, które stworzyło się u szczytu swoich możliwości twórczych, może jednak lepiej pozwolić innym spróbować swoich sił w uniwersum, które może i samemu się stworzyło, ale już nie do końca dobrze samemu się ogarnia.

Clapper-boardSMALL-GREYClapper-boardSMALL-GREY

(3 x KLAPS! = przeciętny serial)

Źródła: Variety, materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrShare on LinkedInEmail this to someone

Podobno też fajne...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.