VICTORIA

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

Niemcy, 2015, 140 min.
Reż. Sebastian Schipper
Dystrybucja: Solopan

Każdy szanujący się reżyser wcześniej czy później zaczyna zabawę w długie ujęcia. Dlaczego? Bo aranżowanie skomplikowanych scen odgrywanych w czasie rzeczywistym to wyższa szkoła jazdy i nobilitacja zarówno dla reżysera, operatora, aktorów, jak i samego filmu. Twórcy przez lata prześcigali się w długości i finezji ujęć pozbawionych cięć – od Orsona Wellesa (Dotyk zła), przez Stanleya Kubricka (Ścieżki chwały) po Briana de Palmę (Oczy węża), Martina Scorsese (Chłopcy z ferajny), Alfonso Cuarona (Ludzkie dzieci) i Richarda Linklatera (Przed wschodem słońca). W 2015 wszystkich zakasował Niemiec Sebastian Schipper, który wraz z operatorem Sturlą Brandthem Grøvlenem nakręcił bez cięć nie jakieś kilkunastominutowe ujęcie, ale cały, blisko dwuipółgodzinny film.

Victoria to historia dwóch godzin z życia mieszkającej w Berlinie dwudziestokilkuletniej Hiszpanki (Laia Costa). Wychodząc o czwartej nad ranem z klubu położonego nieopodal kafejki, w której pracuje, dziewczyna spotyka czterech lokalnych dresów świętujących urodziny jednego z nich. Jako że chłopcy są raczej niegroźni, a najprzystojniejszy z nich jest wobec niej wręcz szarmancki (Fredrick Lau), bohaterka postanawia spędzić z nimi trochę czasu i poznać „prawdziwy” Berlin nim o siódmej rano będzie musiała otworzyć lokal. To, czego doświadczy w ciągu następnych dwóch godzin, będzie najintensywniejszym przeżyciem w jej życiu.

Jak już pisałem, cały film był kręcony na żywo, o nieludzkiej godzinie między czwartą a siódmą rano, czyli wtedy, kiedy większość ludzi nie jest w stanie skupić się na niczym. Scenariusz podobno zamknął się na dwóch stronach, a aktorzy improwizujący w przestrzeni kilku lokacji Berlina, mieli polegać na swoim aktorskim instynkcie. Brzmi jak przepis na porażkę, prawda? Otóż jest wręcz przeciwnie, i to w skali takiej, że człek przeciera oczy ze zdumienia.

Ale nie czas teraz na peany, bo pierwsze pytanie, jakie należy sobie zadać, oglądając wynik takiego eksperymentu, to czy tego typu sposób kręcenia filmu faktycznie czemuś służy oprócz popisywania się biegłością w organizacji planu, prowadzenia aktorów i kamery. Okazuje się, że służy – i to potężnie – zakorzenieniu widza w rzeczywistości świata przedstawionego. Spędzając 140 minut w towarzystwie bohaterów Victorii, przebywamy z nimi nie tylko figuratywnie – my rzeczywiście tam jesteśmy, robiąc z nimi każdy krok na ulicach uśpionego miasta, przysłuchując się ich nieskładnym rozmowom, będąc niemym świadkiem każdej decyzji, której wynik jest  tak samo niepewny dla nas jak dla nich. 47-letni Sebastian Schipper, jako były aktor świetnie czuje kłamstwo wpisane w formułę kinowej fabuły, a jego sposób walki z nim poprzez kręcenie w czasie rzeczywistym przynosi w Victorii fenomenalne efekty. Oczywiście nic z tego by się nie udało bez długich dni planowania, uzdatniania infrastruktury miasta na potrzeby filmowania, choreografii kamery i profesjonalizmu aktorów (którzy naprawdę wzorcowo unieśli ciężar grania bez zająknięcia przez 2,5h). Intensyfikacja doznań widza w Victorii wchodzi na wyżyny wcześniej nie znane dla kina.

Sam film został nakręcony dopiero za trzecim podejściem, ale biorąc pod uwagę wszystko, co musiało się idealnie zsynchronizować, żeby to jedno ujęcie ułożyło się w tak intensywny, niegłupi film, to i tak naprawdę mało. Czapki z głów – jeden z najlepszych filmów tego roku.


(1,5 x KLAPS! = bardzo dobry film)

Źródła: materiały dystrybutora

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.