Z ARCHIWUM X: SEZON 10

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

72

USA, 6×44 min.
Prod. Chris Carter
Dystrybucja: Fox

Z Archiwum X, jeden z najbardziej popularnych seriali końcówki minionego wieku powrócił w tym roku na 6 odcinków, by domknąć wątki dziewięciu telewizyjnych serii i dwóch filmów kinowych. Spoiler alert: 10. sezon serialu o Mulderze i Scully nie domyka niczego, a tylko udowodnia, że dla twórców wyznacznikiem jakości nadal są standardy lat dziewięćdziesiątych.

Jako nastolatek byłem fanem serialu Chrisa Cartera. Nie dość, że przez większość lat 90. zaczytywałem się w space operach, to całkiem na poważnie interesowałem się wtedy zjawiskami paranormalnymi (kupowałem nawet szmatławy miesięcznik zatytułowany UFO). Pierwsza seria Z Archiwum X nie mogła dla mnie pojawić się w lepszym momencie: oto dwoje agentów FBI badało sprawy, które moją młodzieńczą wyobraźnię rozpalały bardziej niż pierwsze numery polskiego Playboya kupowane przez mojego starszego brata (tak, młody czytelniku, tzw. gołe baby kiedyś istniały tylko w wersji papierowej). W tym czasie agenci Mulder i Scully stali się dla mnie jedynymi z niewielu ludzi, którzy rozumieli mój pociąg do podróży kosmicznych i wszystkiego, co niezbadane, a fakt, że istnieli tylko w telewizorze, nie był dla mnie problemem.

Jednak wraz z kolejnymi sezonami mój entuzjazm malał. No bo jak na poważnie traktować ludzi, którzy ciągle spotykają się z jakimś niezrozumiałymi fenomenami, i tydzień za tygodniem przechodzą nad tym do porządku dziennego, zajmując się swoimi sprawami jak gdyby nigdy nic? Pomysł Cartera, żeby historię komórki do spraw paranormalnych przedstawić jako kryminalny proceduralniak z formułą monster of the week, boleśnie podkopywał prawdopodobieństwo całej historii; zawiedziony tym, że moi duchowi bracia to nic innego jak tania rozrywka kontynuowana bez polotu przez jakiegoś telewizyjnego wyrobnika, gdzieś na etapie awansu do liceum całkiem straciłem serce do Z Archiwum X, i na poważnie zacząłem interesować się płcią przeciwną.

Skok o 20 lat do przodu. Jestem mężem i ojcem, podróże kosmiczne nie przestały mnie ekscytować, gołe baby na stałe przeniosły się do internetu, a Chris Carter oznajmia wielki powrót Z Archiwum X. Siedzę i zastanawiam się, jak będzie wyglądać nowa inkarnacja mojego ulubionego serialu z lat nastych. No bo przecież telewizja AD 2016 to medium o niebo bogatsze i bardziej dystyngowane niż w latach 90., a David Duchovny i Gillian Anderson w tym czasie zdążyli nobilitować swoje kariery produkcjami takimi jak Californication czy Upadek. Dochodzę do wniosku, że nowe Z Archiwum X odnajdzie się w tym wszystkim i udowodni, że dla twórców serialu czas nie stoi w miejscu.

Gdzie tam. Jeżeli 10. sezon przygód Muldera i Scully coś udowadnia, to jest to ta smutna obserwacja, że Chris Carter mentalnie i artystycznie zastał się w XX wieku. Tak, zmieniło się otoczenie stworzonych przez niego postaci, wszyscy mają smartfony, a bohaterom przybyło zmarszczek pod oczami, ale wszystko inne pozostało takie samo – włącznie z tandetną jakością samej intrygi. Na 6 nowych odcinków z nieszczęsnej formuły monster of the week wyłamują się tylko pierwszy i ostatni epizod (z gościnnym udziałem Joela McHale’a w roli amerykańskiego Maksa Kolonko), ale są one tak bardzo oparte na tanich chwytach znanych z poprzednich sezonów (Roswell!, kosmity!, spisek!), że wstyd człowieka bierze, że Anderson i Duchovny znów dali się w to wrobić. Dla urozmaicenia obsady Carter na kilka odcinków dorzuca nam młodszych odpowiedników Muldera i Scully w postaci dwóch nowych agentów (Lauren Ambrose i Ronnie Amel), ale ich rola w opowiadanej historii jest tak mało znacząca, że od razu widać, że głównym powodem ich istnienia jest wyłącznie poszerzenie targetu o ludzi, którzy niekoniecznie zaznajomieni są z wcześniejszymi sezonami serialu. Nowe Z Archiwum X tak bardzo odstaje od poziomu dzisiejszej, świetnej telewizji, że w zasadzie jedynym odcinkiem, który da się oglądać, jest ten, w którym paranormalna groza dostaje komediową otoczkę, a twórcy sami robią sobie jaja z niedzisiejszej formuły serialu (odc. 1003 Mulder & Scully Meet the Were-Monster).

Twórcy straszą, że tandetny cliffhanger na koniec ostatniego odcinka tej serii jest sugestią, że Mulder i Scully znów powrócą. Oby jednak nie, bo ja po raz trzeci nie mam zamiaru dawać Carterowi kredytu zaufania. Skoro nawet gołe baby były w stanie ewoluować, najwyższy czas żeby on też to zrobił.

(3 x KLAPS! = przeciętny serial)

 

Źródło: materiały dystrybutora
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on TumblrPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.